Niedawno miałam okazję przyjrzeć się tańcowi łabędzi. Poszłam nad stawy zupełnie sama w południe, nie spodziewałam się jakichkolwiek atrakcji. Pogoda sprzyjała zdjęciom ale nie spacerom, świeciło słońce lecz mocno wiało. Kiedy dotarłam do chatki Stawowego nad mniejszym stawem, przysiadłam na korzeniu starego dęba tuż przy wodzie. Drzewo osłaniało mnie przed zimnymi podmuchami oraz pozwoliło nieco wtopić się w otoczenie. Kilka minut później z trzcin wypłynęła para łabędzi, zaczęły swój taniec, przytulały się szyjami i cicho szeptały sobie czułości. W pewnym momencie ich szyje utworzyły coś na kształt serca. Po powrocie do domu pokazałam zdjęcia córce, odpowiedziała, iż była przekonana że takie obrazki to tylko w bajkach.
sobota, 13 marca 2021
środa, 10 marca 2021
W poszukiwaniu wiosny
W poszukiwaniu wiosny wybrałam się na wieś. Pierwszy dzień pobytu przywitał nas prawdziwie wiosennym klimatem z temperaturą w okolicach 16 C. Po szybkim rozpakowaniu i ogarnięciu obejścia udaliśmy się z P. Mężem na spacer sprawdzić sytuację nad stawami. Ptactwo już zagospodarowało wolną przestrzeń, wypatrzyłam: żurawie, kaczki, dzikie gęsi, łabędzie nieme i krzykliwe. Wszystko na swoim miejscu jak powiedział by to P. Stawowy „gadzina jest”.
Kolejnego dnia P. Mąż pojechał
załatwiać swoje sprawy a ja zostałam na włościach z córką. Kiedy tylko Martyna
skończyła swoje lekcje on-line, szybko zjadłyśmy obiad i znów wyprawa do
lasu.
Tym razem pogoda i krajobraz zmieniły się diametralnie. Słońce zakryły chmury, wiał zimny wiatr,
termometr wskazywał zaledwie 8 C, a nad stawami panowała cisza, nawet kaczki
nie miały ochoty wysunąć dziobów z sitowia. Optymistyczna część mojej duszy
stwierdziła, iż jutro zapewne będzie lepiej.
Jednak lepiej nie było. Dalsze ochłodzenie i jeszcze silniejszy wiatr.
P. Mąż zorganizował prace w ogrodzie, bo trzeba się do wiosny przygotować a i
coś posadzić, posiać.
Po akcji ogród rozgrzewałam się w
domu gorącą herbatą, na propozycje P. Męża by po południu udać się na saper do
lasu zareagował bez większego entuzjazmu.
Kiedy nieco odtajałam, przemyślałam sytuację , hmyyy … może jednak
pójdę, może coś nas w lesie zaskoczy. Dobrze,
że zaufałam przeczuciom, tym razem natknęliśmy się na grobli na grupę
jeleni. Takie spotkanie to nie lada
gradka dla amatora fotografii 😊 , szkoda tylko iż było już szarawo, zdjęcia
nie wyszły zbyt dobre.
niedziela, 21 lutego 2021
Dzięcioł zielony
Dlatego też mimo pięknego
słońca i ciepła zostałam w domu, poświęciłam się porządkom komputerowym.
Oczywiście od czasu do czasu robiłam sobie przerwy i w czasie jednej upolowałam
dzięcioła zielonego. Ptak na ogół zimą buszuje w ściółce leśnej i wielkim
mrowisku. Tym razem z powodu sporej ilości śniegu szukał pożywienia na dębie rosnącym przed domem.
piątek, 19 lutego 2021
Prawdziwa zima !
Zima na złość globalnemu ociepleniu postanowiła zatrzymać się u nas nieco dłużej, sypnęła śniegiem i przymroziła. Obawiając się niskich temperatur postanowiliśmy w miniony weekend pojechać sprawdzić jak miewa się nasza hacjenda. Jakież było moje zdziwienie gdy zjechałam z ekspresówki a na lokalnej drodze spotkałam się z zalegającym i to w sporych ilościach śniegiem. Tym razem to na południu było więcej białego puch niż w centrum kraju. Roztropnie, powoli pokonywałam kolejne kilometry trasy, zastanawiałam się przy tym jak też będzie wyglądać nasza szutrowa droga i czy dojedziemy do Rancha. Szczęśliwie okazało się, że wiejską drogę aż pod las odśnieżył pług. Drogę nieco ogarnął ale przed naszą bramą zostawił nieelegancką zaspę, aby wjechać na posesję wpierw trzeba było namachać się łopatą…… to nie popsuło nam humorów, cieszyliśmy się prawdziwą zimą.
Słoneczna pogoda zachęcała do
spacerów, bitew śnieżnych oraz kuligu.
Kolejnego dnia rodzina stanęła
na wysokości zadania. Wujo zorganizował prawdziwy kulig. Sanie zaprzężone w dwa
konie pędziły przez las. Skrzący śnieg sypał się spod końskich kopyt, dzwoniły
dzwoneczki w uprzęży, dziesięcino stopniowy mróz, słońce…… nie wierzyłam iż jeszcze coś takiego przeżyje. Zima z
mojego dzieciństwa wróciła !
środa, 10 lutego 2021
Czeczotka
Mieliśmy w tym a raczej w zeszłym roku normalną wiosnę, normalne polskie lato z jego wszystkimi atrybutami (deszcze, komary) a teraz mamy normalną polską zimę (mróz, śnieg, zawieje, zaspy). Powinnam dopisać jeszcze: korki oraz zaskoczenie służb drogowych.
Właśnie przez zaskoczenie
służb drogowych albo raczej przez ich taktykę walki z żywiołem polegającą na odśnieżaniu
po tym jak skończy się opad, utknęłam w domu. By czas wykorzystać produktywnie wzięłam się za
niezbyt lubianą pracę papierkową. I tak
po pierwszej godzinie pomyślałam: a może by tak …. przygotować obiad(szybko
poszło). Po następnej godzinie z papierami znów pojawiło się: a może by tak …..
pranie wstawić (też szybko poszło). Ponownie
zasiadłam do księgowania, znów upłynęła godzina i pojawiło się magiczne: a może
by tak… (no właśnie ale co ? wszystko już zrobiłam!) OK.
zrobię sobie przerwę bo mnie kręgosłup rozboli i oczy ….. popatrzę na wirujące
płatki za oknem. Pięć minut później
stałam w oknie z teleobiektywem. Przyszła córka i pyta: coś tam widzisz, bo ja tylko śnieg i suche
badyle nawłoci? Przyjrzyj się dobrze odpowiedziałam ….. Na jednym z nawłociowych sucharów siedziały
i wyjadały nasionka dwa maleńkie ptaszki.
Ptaszki w czerwonych czapeczkach z lekko różowym brzuszkiem okazały się Czeczotkami. Pojawiają się u nas gościnnie zimą, chyba specjalnie by ożywić
krajobraz i dać mi wymówkę od pracy.
środa, 20 stycznia 2021
Zimowy incydent.
Po wielu dniach szarości nareszcie się zabieliło a do tego chwycił mróz. Wraz z spadkiem temperatury ptactwo zwiększyło częstotliwość zaglądania do karmnika. Sikorki upodobały sobie karmniko-tubę zawieszoną na jarzębinie. Opróżniały ją w zawrotnym tempie. Dzięcioł przylatywał na kulkę zawieszoną za kuchennym oknem. Przy -15 C zupełnie mu nie przeszkadzało, iż kręcę się po kuchni….. Natomiast rudziki buszowały po pnączu na ścianie domu w poszukiwaniu zasuszonych owoców dzikiego wina.
Dziś niestety przyszła odwilż, topniejący śnieg pokrył drogi i chodniki błotnistą mazią. Krajobraz ponownie stał się monochromatyczny. Mam nadzieję, iż zima tak łatwo się nie podda i jeszcze nas odwiedzi.
niedziela, 3 stycznia 2021
Święta trochę inne niż zwykle.
Tak te święta były nieco inne,
nie było zbyt wielu spotkań rodzinnych, właściwie to spędziliśmy cały wolny
czas na wsi rozkoszując się ciszą i lasem. Te święta, bynajmniej w moim
mniemaniu były doskonałe i do tego pełne spotkań z przyrodą !
Na początku naszego pobytu,
rano usłyszałam klangor żurawi, wydawało mi się, że jeszcze śnię bo skąd taki
hałas w środku zimy, zignorowałam ptaki a może senne mary, przytuliłam się do
ciepłej podusi….. Klangor dał o sobie
znać ponownie tuż po zachodzie słońca, podeszłam do okna sprawdzić czy to przelatują
nasze znajome pary. Tymczasem nad lasem w kierunku stawów leciało ogromne stado
składające się z ponad 150 szt. Widać na południowe niziny przybyły żurawie z
północy by przezimować. Goście podobnie
jak tubylcze sztuki wyznaczały rytm dnia. Rano leciały z wielkim hałasem w kierunku łąk i pól zaś wieczorem wracały by
ułożyć się do snu w trzcinach nad stawami. Za każdym razem obierały sobie nasz
dom za główny punkt nawigacyjny, widywałam je regularnie.
Miałam ochotę upolować to
ogromne stado swoim aparatem. Jednak nie
było to takie proste. Żurawie to bardzo płochliwe ptaki, czatowanie na nie w
szuwarach w temperaturze ujemnej odpadało (tym razem nie spakowałam ocieplanych
spodni). Ponadto pogoda nie sprzyjała , gdyż szwendające się po polach mgły
utrudniały widoczność .
Jednak pewnego dnia za chmur
wyszło słońce, wiatr rozwiał mgły a
my korzystając z sprzyjającej aury wyszliśmy
na podwórko oporządzić obejście. Pan mąż
zabrał się za przycinanie krzewów i drzew. Nieco pomagałam w tych pracach choć
raczej pilnowałam Pana Męża by nie zamienił mej ulubionej śliwy w bonsai.
Gdzieś pomiędzy cieciem jabłonki i śliwy usłyszałam znajomy klangor. Tym razem
stado przemieszczało się w kierunku pastwiska tuż za naszym polem. Pojawiła się
szansa na zdjęcia. Co prawda o podejściu do ptaków nie było mowy ale na skraju
pola stała mała nowa ambonka …..
Porzuciłam nadzór na cięciem,
zapięłam teleobiektyw i szybkim krokiem ruszyłam na spotkanie z naturą. Na otwartej przestrzeni poczułam, iż wiatr
który rozwiał mgły jest zimny a raczej lodowaty a do tego dość silny.
Dzielnie dotarłam do granicy pola i … wówczas spostrzegłam, iż mała ambonka
wcale nie jest mała, jest zupełnie normalną solidną wysoką amboną. Pokonując wewnętrzne opory i strachy wspięłam
się po drabinie. Na górze czekało na mnie siedzisko z deski, ażurowe ściany
oraz podłoga …. lepiej w dół nie patrzeć.
Skupiłam się na zdjęciach, dopiero gdy zaczęłam tracić czucie w
zmarzniętych dłoniach postanowiłam wrócić.
Spojrzałam na drabinę i ….. (zawsze lepiej wchodzić niż schodzić) już
miałam zadzwonić do P.Męża by przyszedł
uratować mnie z pułapki lecz na szczęście resztki honoru się odezwały.
Powolutku nie patrząc w dół kurczowo łapiąc się szczebelków zmarzniętymi rękami
zlazłam. Zawsze mnie gdzieś poniesie a
potem żałuje ……. (na szczęście niezbyt długo).
Następnego dnia o poranku kolejna
sesja fotograficzna, zachciało mi się uwiecznić piękną szadź która ubieliła
wszystko w koło. Zawędrowałam nad stawy w poszukiwaniu ciekawych widoków i
wówczas na mniejszym stawie na samym środku dostrzegłam hordę ptaków, zresztą one też mnie dostrzegły
i od razu poderwały się do lotu . Hałastra przeleciała nade mną ich
odgłosy odbijały się echem dając niesamowity efekt akustyczny. Ze
względu na mgłę zdjęcia zbyt ciekawe nie wyszły ale to spotkanie na długo
zostanie w mej pamięci ….. niesamowite.
