niedziela, 3 listopada 2013

Poranek z wiewiórką w tle

Koniec długiego weekendu. Szczerze mówiąc nie odczułam świątecznego nastroju, na groby najbliższych mamy daleko (nie sposób w jeden dzień wszystkich odwiedzić),
Pan Mąż w pracy, weekend jak weekend po prostu nieco dłuższy.

Ponieważ rozpoczął się nowy miesiąc, czeka mnie więcej pracy chciałam wolne dni spędzić na leniowaniu. Głównym założeniem leniowania jest długie spanie, wylegiwanie się w łóżku i spożywanie śniadania w piżamie. Tymczasem w piątek o 6.30 słyszę jakieś dziwne dźwięki za oknem (szuranie, chrobotanie) Dźwięki na tyle namolne i intrygujące, iż zdecydowałam się otworzyć oczy. Patrzę a z drugiej strony okna patrzy na mnie wiewiórka
Obudziłam się od razu, chwyciłam aparat, wychyliłam się przez okno i …...

ta dam 









Często słyszę tupanie wiewiórczych łapek po dachu, zastanawiałam się jak ona na ten dach wchodzi.
Jak widać biega swobodnie po elewacji budynki i to bez różnicy czy głową w górę czy w dół  :-)    szósta rano też jej nie przeszkadza.

czwartek, 31 października 2013

Myśliwsko-łowieckie przemyślenia

Moje pojęcie o myślistwie było delikatnie mówiąc mgliste.

Jedyna wiedza jaką miałam w tym temacie pochodziła od osób mi bliskich i najczęściej były to przestrogi. Bowiem jak tylko zaczęłam pomieszkiwać na rancho usłyszałam :

-jak jest polowanie: nie szwendaj się po okolicy,

-jak słyszysz wystrzały w lesie: nie puszczaj dzieci samopas.

Po przestrogach następowało opowiadanie historii prawdziwych: jak to jeden myśliwy postrzelił drugiego biorąc go za dzika, jak to na-chmielony myśliwy jadąc szlaczkiem przez pola położył odbezpieczoną broń na siedzeniu i ta wystrzeliła dziurawiąc auto......

Opowiastki te wzięłam sobie do serca i dla tego w dzień świętego Huberta jak i w dzień rozpoczęcia sezonu na kaczki, dzieciaki mają zakaz opuszczania posesji. Tego dnia nad stawami odbywa się impreza (ognisko, kiełbaski i strzelanie do kaczek oczywiście).

Prawie pogodziłam się z tym stanem rzeczy ale …. pod koniec wakacji myśliwi zaczęli pojawiać się w naszej okolicy coraz częściej. Z jednej strony staram się zrozumieć ich racje wyższe czyli odławianie zwierzyny, która czyni szkody rolnikom ale z drugiej strony ….. Kiedy późną nocą na opustoszałą, ciemną wieś wjeżdża pick-up, parkuje przed moim domem, wychodzi z niego dwóch facetów i znika. Za moment widzę, iż oświetlając sobie drogę szperaczami idą przez moje pole na drugą stronę mojej posesji ….. mogę mieć różne podejrzenia. Ich szperacze omiatały pole czasami zahaczając o okna domu. Po pół godzinie nie wytrzymałam zadzwoniłam do Kuzynki z pytaniem czy to na pewno myśliwi a nie: mafia na przykład. Kuzynka wypytała o auto i rejestrację po chwili oddzwoniła : możesz spać spokojnie to ludzie z koła łowieckiego z Namysłowa.



Konkluzja: dziwny ten nasz kraj, w Stanach nikomu do głowy by nie przyszło paradować z bronią na ramieniu po cudzej ziemi bo mógłby tą głową stracić. W Polsce obowiązuje prawo łowieckie i Panowie mogą bezkarnie po mojej ziemi biegać i co? i nic...... im zrobić nie mogę. Gdyby jednak wykazali nieco kultury, wcześniej grzecznie się przedstawili, poinformowali, iż mają zamiar w okolicy polować było by...... miło i …...bezstresowo …... nieprawdaż ? 






Kilka zdjęć zrobionych o świcie jeszcze przed rozpoczęciem sezonu na .....kaczki.









I jak tu strzelać do takich milusich kaczuszek ?

środa, 14 sierpnia 2013

Za co kocham wieś ?

Często ludziska pytają mnie dlaczego przesiaduję na wsi i to takiej głębokiej przecież tam nie ma nawet asfaltowej drogi, do najbliższego sklepu jest ok 4 km, z zasięgiem kiepsko, Dlaczego?

 
Otóż między innymi dlatego, że zamiast propagandy w tv wieczorem oglądam takie widoki:


      Znajoma para żurawi razem z młodym tuż przed zachodem słońca wraca do gniazda.



wtorek, 13 sierpnia 2013

Kto tak hałasuje ...... nietoperz :-)

Chińczycy mówią że jeśli w jakimś domu zamieszka nietoperz to jego mieszkańców czeka wielkie szczęście. Ale może zacznę od początku :



Od kilku dni powtarza się ta sama historia.

Kiedy kładę się spać gaszę światło z pierwszego snu wybija mnie jakieś chrobotanie.

Jakby coś chodziło po ścieżce z kamyków przed domem.

Wywnioskowałam, że duże to coś być nie może, chrobocze cicho – byłam zmęczona usnęłam.

Następna noc to samo, znów jakieś szelesty myślę sobie pewnie kot chodzi koło domu po kamykach.

Wczoraj około północy zaczęłam się zastanawiać czemu ten kot tak głośno tupie. Kot ? …. głośno ? ….a może to nie kot ? Nie wytrzymałam wstałam z łóżka wzięłam latarkę, świecę w dół na kamienie …. nikogo nie ma.

Zagadka rozwiązała się koło południa. Wchodzę do łazienki … znów dzieciaki nie podciągnęły do góry rolety. Podnoszę roletę coś od niej odpada, spoglądam przez okno - widzę szarą kupkę futra ogólnie jakiś glut. Chwyciłam aparat i idę się przyjrzeć „obcemu” a tam najprawdziwszy gacek.

Zrobiłam parę zdjęć i kiedy wstawałam by pójść po pudełko i rękawice gacek odfrunął.


 
Słowem wyjaśnienia: pudełko nie po to by gacka hodować tylko po to by go przechować do zachodu słońca. Nietoperze wbrew temu co się o nich mówi widzą i mają wzrok przystosowany do patrzenia przy małej ilości światła. W środku dnia promienie słoneczne mogą im uszkodzić wzrok.

Mam nadzieję, iż naszemu gackowi nic się nie stało i przyleci dziś do nas polować na komary.





wtorek, 4 czerwca 2013

Eksperyment - Drewutnia – podsumowanie bardzo dłuuugiego weekendu

Wahałam się czy opisywać to wzniosłe wydarzenie, ale co tam opiszę ku przestrodze …..

 Jak już wspominałam głównym powodem naszego wyjazdu na rancho był montaż drewutni.

Pierwszy zgrzyt w konfrontacji z firmą montująca drewutnię nastąpił drugiego dnia naszego pobytu o 6 rano, gdy Panowie z tej firmy poinformowali nas łaskawie, iż przesuwają termin montażu o tydzień.


No ale to akurat nie-najważniejsze. Chciałbym pokrótce opisać akcje montażu :


7.50 – telefon fachowcy pytają o dojazd do nas – zgubili się w Duczowie

8.20- koło bramy pojawia się samochód fachowców- ustalamy miejsce montażu – cofają samochodem by mieć mniej noszenia – grzęzną na podmokłej łące – samochód zarył się na dobre

8.30- pada decyzja, iż samochód zostaje tam gdzie ugrzązł - przeniosą komponenty ręcznie.

8.45 – samochód rozładowany pada pytanie : a to opierzenie to nie pod rynny ? na szczyt ? a ma Pan pożyczyć kątówkę ? A czy kawę można poprosić ?



Patrzę na to wszystko z stoickim spokojem, robię kawę , Pan Mąż już jest lekko zdrzaźniony i nie ma zamiaru pożyczyć nowiusieńkiej kątówki.



9.15 – fachowcy są po pierwszym śniadaniu, zbieram kubki i zastanawiam się czemu pod legary zamiast taśmy izolującej kładą kawałki gontu . Tknięta budowlanym przeczuciem pytam o kotwy do betonu które zamówiliśmy. Fachowcy wskazują na leżące obok pudełko z kołkami do karton gipsu. Pytamy ich grzecznie czy wiedzą jak wyglądają kotwy …....



i właściwie mogłabym tak długo opisywać ale nie będę …......


Oczywiście na dach gontu brakło a hitem okazały się drzwi które były za …..małe. 
Tak, tak otwór drzwiowy zgodny z zamówieniem ale drzwi za wąskie.


Cały montaż trwał do późnych godzin wieczornych. Z powodu przerw i oczekiwania na elementy którymi można by zaślepić otwór (by drzwi pasowały).

Michał podsumował fachowców : „Mamo oni robią sobie dłuższe przerwy niż ja w nauce …..”



Najważniejsze że mamy ten eksperyment szczęśliwie za sobą !  
W efekcie końcowym drewutnia wygląda przyzwoicie.

niedziela, 12 maja 2013

O wielkiej kałuży i trochę o szczygle.

Minął tydzień od naszego powrotu do domu. Żal było wyjeżdżać ze wsi , zwłaszcza iż w ostatni dzień pogoda zdecydowanie się poprawiła. Cała wieś rozbrzmiewała furgonem kosiarek, pachniała grillem, część tubylców i gości ruszyła odetchnąć na łonie natury. W drodze do lasu Spacerowicze w pierw musieli zmierzyć się z kałużą przed naszym domem. A kałuża ta jest:  nie-byle-jaka, zajmuje całą szerokość drogi. Walczyliśmy z nią zasypując kruszywem, później próbowała z nią walczyć gmina też wsypali kruszywo. Przez jakiś czas było dobrze ale jak to na wsi, ktoś zaorał pole a wraz z nim pół drogi, później odśnieżanie więc granitowe kruszywo rozwlekło się po całej drodze tak więc kałuża jest i ma się dobrze.

Wracając do spacerowiczów – musieli się przez kałuże przeprawić, a ponieważ większość głośno komentowała utrudnienia komunikacyjne siłą rzeczy odnotowałam wszystkie przejścia.

Wyparzyłam też Pana Tomka z Żoną . Chwile porozmawialiśmy, Pan Tomek powiedział iż w lesie widział małe baraszkujące lisy. Chwilę po naszym spotkaniu uzbrojona w aparat ruszyłam na poszukiwania rudzielców. Po-cichu ostrożnie wędrowałam leśną ścieżką i wypatrywałam, niestety po liskach ani śladu. Towarzyszył mi oczywiście Michał, więc o powrocie do domu nie było mowy, poszliśmy nad stawy ale od strony tamy. Przeprawiliśmy się przez zakomarzone bagienko i już byliśmy.

Przy tamie zebrały się wszystkie ptaki: kaczki, łabędzie gęsi. Zrobiłam parę zdjęć. Słońce chyliło się ku zachodowi - czas wracać do domu, wybraliśmy trasę wokół stawów - taka pożegnalna marszruta. W lesie spokój, szliśmy powoli bo wciąż liczyłam na jakiegoś ciekawego zwierza w kadrze. Nagle kontem oka spostrzegłam coś kolorowego. Zaczęłam się wpatrywać w krzaczki nad groblą i … o są dwa kolorowe ptaszki, przeskakiwały z gałązki na gałązkę. Były bardzo ruchliwe, chowały się przede-mną Przyczajona za drzewem pstryknęłam parę fotek, które teraz z dumą prezentuję :





Ptaszki okazały się szczygłami.
Są pod pełną ochroną :-)









Nasza wcześniej opisywana kałuża.

niedziela, 7 kwietnia 2013

Trznadel - wiosenny :-)

Dziś od rana świeci słońce, śniegi topnieją, ptaki śpiewają i gdyby jeszcze wyschło błoto na drodze byłby szczyt szczęścia.

A skoro jestem przy zdjęciach ptactwa to :






Na dębie koło domu pojawiły się żółto-cytrynowe ptaki.
Przestudiowałam atlas -wydedukowałam iż to były Trznadle.









Tym pozytywnym - wiosennym akcentem kończę krótkiego posta, pozdrawiam Wszystkich tu zaglądających :-)

wtorek, 2 kwietnia 2013

Tropiąc żurawie.

Jadąc na wieś wiedzieliśmy, że czeka nas kolejny atak zimy. Spakowałam ciepłe ciuchy,  jedzenie na pierwszy dzień, kilka niezbędnych akcesoriów i oczywiście wysłużonego canona. Zamierzałam upolować żurawie. Zastanawiałam się tylko czy w takie śniegi i mrozy spotkam te ptaki.

Pierwszy dzień na rancho w okresie zimowym nie należny do najprzyjemniejszych - dom zieje chłodem i lodem Zanim temperatura w pomieszczeniach osiągnie przyjazne +20 robimy wszystko by nie zmarznąć. Sprzątamy, odkurzamy, pijemy gorącą herbatę w tym czasie piec hula w najlepsze. Pod wieczór robi się już przyjemnie tylko my jesteśmy umęczeni.
Właśnie wieczorem kończyłam rozpakowywanie gdy za oknem zaczęło już zmierzchać, na łąki wyszły żerować sarenki a za nimi ...... spostrzegłam najprawdziwszego żurawia .

 Pierwszy dzień - pierwszy żuraw na zachętę :-)



Drugi dzień - żurawie w locie.
Mimo lodowatego wiatru wyciągnęłam rodzinę na spacer nad stawy. Oczywiście miałam nadzieję na spotkanie trzeciego stopnia.
 Tymczasem
stawy skute lodem, na lodzie łabędź a właściwie łabędzia kula. Zmartwiłam się, że biedak przymarzł, chciałam wszczynać akcje ratunkową, na szczęście tylko spał .
Było okropnie zimno by Martyna nam nie zmarzła  wróciła z Wojtkiem do domu.
Natomiast Ja z Michałem postanowiliśmy tropić dalej. Na grobli znaleźliśmy ślady wielkich ptaków.
A po chwili usłyszeliśmy szum skrzydeł ....... przeleciały tuż obok nas. 



Trzeci dzień - znów żurawie w locie.
Następnego dnia tylko najprawdziwsi twardziele wybrali się do lasu ;-) Wojtek z Martyną woleli zostać na podwórku i lepić świątecznego bałwana.  
My obeszliśmy wielki staw dookoła i ... nic a właściwie tylko .... pałki wodne.


Dopiero kiedy wyszliśmy z lasu, idąc przez zaśnieżone pola, nad naszym domem zobaczyliśmy......... :

Miałam wrażenie, iż one się ze mnie naśmiewają.
A tak poważnie to czego mogłam się spodziewać, ludzie którzy robią zdjęcia ptaków całymi miesiącami się do zdjęć przygotowują, budują szałasy, czatownie -   a ja ot tak chciałam, na farta liczyłam......
Oczywiście nie odpuściłam, prawie co dzień szlajałam się po okolicy skutkiem czego jest spora ilość zdjęć żurawi w locie :-)

Przedostatni dzień naszego pobytu na wsi -  w końcu żurawie na ziemi.
W poniedziałek śniegu było na prawdę sporo, wybrałam się na pożegnalną przechadzkę po lesie.
Przechadzka - sport ekstremalny. 
Spragniona pięknych widoków brnęłam przez świeży, mokry śnieg, który miejscami sięgał kolan. Kiedy poczułam, że moje spodnie robią się nieprzyjemnie zimne i mokre zawróciłam w stronę domu. Jak tylko wyszłam z lasu na skraju wsi dojrzałam wielkie ptaki, dumnie przechadzające się po miedzy.
Mimo zimowej zawieruchy dostojnie i z gracją chodziły po polu - są piękne.
Mam nadzieję że kiedyś zrobię im zdjęcie w tańcu :-)
W zeszłym roku tańczyły na łące przed domem , ale w tedy nie miałam przy sobie aparatu :-(

poniedziałek, 18 marca 2013

Sześciolatek w szkole czyli poranne żale

Nie jestem skowronkiem jestem rasową sową. Uwielbiam wieczory. Kiedy dzieciaki już śpią siadam do laptopa i zaczynam pracować wtedy ta praca jest wydajna(tak mi się przynajmniej wydaje.) Natomiast poranki to horror. Normalnie zaczynam funkcjonować koło godziny 9 . 
O 6.30 jestem obecna ciałem, ale nie duchem – duch śpi w najlepsze. Robię co do mnie należy, za-bardzo się nie odzywam i raczej niech nikt nie próbuje ze mną o tej porze dyskutować gdyż nic dobrego z tego nie wyniknie.
Dlaczego wstaję wcześnie? Otóż od lutego moja córka zaczęła chodzić do szkoły na pierwszą zmianę czyli na godzinę 7.30 Wstaję wcześnie bo... muczę: Tynę obudzić, naszykować jej śniadanie, przypilnować by zjadła i wypiła ciepłą herbatę(w szkole przerwy są za krótkie- nie zdąża zjeść) a na koniec odwieźć dziecię do szkoły. 

Jak na razie jeszcze nie udało nam się przejechać punktualnie. W wtorki i czwartki mam trochę łatwiej pierwszą lekcją jest WF, więc omijamy WF i jeździmy na 8.15.
Dlaczego odwożę Tynę i nie korzystamy z autobusów szkolnych. Dlatego, że autobus na naszym przystanku zatrzymuje się o 6.45 więc musiałabym z domu wychodzić o 6.35.
Tyna ma 6 lat to jakieś nieporozumienie by budzić dziecko o 5 aby zdążyło do szkoły.

Cały ten system wydaje się nieporozumieniem. Większość ludzi w naszej okolicy pracuje w mieście. Na ogół rozpoczynają pracę o 9. Po co szkoła na 7.30 ?
Z moich obserwacji wynika, iż nie jestem jedyną spóźnialską około 8 na szkolnym parkingu jest całkiem spory ruch....
Rozmawiałam z innymi rodzicami – podzielają moją opinię. Zaproponowałam: napiszmy petycję do Pani Dyrektor. Usłyszałam : „Co Ty dziewczyno Pani Dyrektor się zasiedziała to już chyba 25 lat. Jak myślisz czemu w naszej szkole nie ma żadnych rozsądnych dodatkowych zajęć. Bo szkoła o 17 ma być zamknięta. Nic nie zmienisz........”





Poza-tym dalej zima. Wczoraj ufociłam  dziwaka z czubem.
Na rancho zostawiłam atlas ptaków więc dopiero za tydzień dowiem się jak ten ptak- dziwak naprawdę się nazywa.

środa, 13 lutego 2013

Dziki Dzik !

W naszym "prawie mieście" często widuję różne zwierzaki: sarenki, zające,bażanty. Natomiast dziki głównie słyszę. Wieczorami gdy już nikt się nie kręci, wychodzą z zagajnika i na łące przed domem szukają smakołyków, chrumkają, mlaskają, tupią, szeleszczą trawą.  Z powodu ciemności trudno je dostrzec, kiedy zaświecę latarkę zaraz chowają się za sosnami. W dzień siedzą w lesie i udają, że ich nie ma. 
 Natomiast dziś.......
wydarzyła się taka oto historia:
Przyjechałam do domu z wymarzonym "sprzętem optycznym". Chciałam ten sprzęt wypróbować ale pogoda zupełnie nie spacerowa. Znów szarość i mgły. Pomyślałam, że może chociaż jakiegoś ptaka na drzewie wypatrzę - też nic wszystkie się pochowały. Mamrocząc pod nosem spojrzałam przez okno: coś mignęło mi między drzewami, czyżby znów psy uciekły sąsiadowi ..... nie to był najprawdziwszy "dziki dzik". Spacerował majestatycznie przed oknem sypialni. Otwarłam okno popatrzyłam na niego, on na mnie.... Chwyciłam aparat w rękę szybko zamontowałam wcześniej wymieniony sprzęt optyczny i ...... ufociłam dzika. 



Dzik podjął wezwanie, pięknie pozował i przechadzał się wzdłuż ogrodzenia jak modelka po wybiegu. W końcu skierował swe kroki w stronę naszego kompostownika i wtedy uświadomiłam sobie, że do kompostownika poszedł również Wojtek wyrzucić odpadki.

Zachrumkałam..... dzik od-chrumkał, spojrzał na mnie swymi zaczerwienionymi oczami, ponownie przemyślał sprawę ..... skręcił  w stronę lasku.



Taki to model na dobry początek mi się trafił ;-)

niedziela, 20 stycznia 2013

Sentymentalnie, tym razem będzie o domu rodzinnym

Zapaliłam świece, nalałam do kieliszka pysznego wina, siedzę i rozmyślam. No bo co tu robić w środku zimy. Śniegu napadało, mróz -13. Niebo zasnute szarymi chmurami, Martyna zakatarzona, czuję zbliżającą się chandrę. Tęsknię za ranchem. Dobrze że jeszcze tylko tydzień i ferie.

Rety właśnie na to wpadłam zachowuję się jak bym znów była w szkole odliczam czas do weekendów, ferii i wakacji – masakra w końcu jestem dorosła – nie powinno tak być.

No dobrze dość tych dygresji na temat moich odczuć, miałam dziś napisać o czymś bardzo ważnym. O domu rodzinnym.

Dla mnie domem rodzinnym jest dom mojej babci, gdzie spędziłam całe dzieciństwo a później jako nastolatka w chwilach krytycznych wracałam z podkulonym ogonem. Ten dom tętnił życiem. Babcia miła troje dzieci więc zawsze moi wujkowie czy kuzynostwo byli w pobliżu. Były wspólne zabawy w chowanego, gry w karty, nocne opowieści o duchach i wiele innych przygód. Była też babcia, która piekła wspaniałe ciasta, była duszą towarzystwa, zawsze miała ciepłe słowa na pociechę i tysiąc sposobów na uratowanie podbramkowych sytuacji. Był też dziadek –ostoja spokoju i wielkiej mądrości.

Nasz dom to część poniemieckiego majątku, spora willa z bardo długą historią, wielokrotnie przebudowywany- rozbudowywany. Pełnił różne funkcje, podobno była w nim kiedyś poczta. Po wojnie prawie cały dom zajmowali dziadkowie jedynie kilka pomieszczeń na parterze było przeznaczonych dla biura PGR-u. Jak to w dziwnych czasach dziwnie toczyły się koleje losu domu w końcu stanęło na tym iż dom miał dwóch właścicieli. Piętro zajmowali dziadkowie a parter zasiedlili nowi mieszkańcy. Jak wiadomo dobro wspólne - znaczy niczyje, dom zaczął niszczeć.

Apogeum nastąpiło po śmierci dziadków. Opustoszały dom, zarośnięty sad, po ogrodzie warzywnym ani śladu. Budynek zaczął przypominać opuszczoną ruderę. Sąsiedzi zupełnie o niego nie dbali mimo, iż nadal w nim mieszkali.

Kiedy zaczynałam budowę w Jedliskach czasami zaglądam do starego domu. Tak by nikt mnie nie widział skradałam się do sadu by dotknąć stuletniego orzecha i popatrzyć z łzą w oku na to wszystko co minęło a takie bliskie sercu.
 




Zdjęcia zrobione kwietniu 2009r. Początek remontu.

















Jakże byłam szczęśliwa gdy dowiedziałam się, iż wujek ma zamiar wyremontować dom. Trzymałam za niego kciuki. Gdy zakończył remont- a trwało on tyle co budowa mojego Jedliskowego domu, efekty były i są oszałamiające ;-)


 Zdjęcie z kwietnia 2012r. Po remoncie ;-)

Dziękuje Ci Wujku, iż ocaliłeś ten dom (nie podzieli on losu innych poniemieckich majątków)

Dziękuję, iż ocaliłeś kawał historii tego miejsca a także naszej rodziny.

Dziękuje, iż historię tą opowiedziałeś moim dzieciom.



Howgh



Ciekawostka:

W czasie skuwania tynków w środku  jedna z belek odkryła przybity kartonik - świadectwo poprzedniej przebudowy :-)


poniedziałek, 14 stycznia 2013

Znalezione w lesie, czyli o romantycznym pomście i nie tylko

Za oknem w „prawie mieście” szaleje śnieżyca- zima w pełni.

Początek roku to dla mnie zawsze okres wzmożonej pracy. Trzeba się zapoznać z zmianami w przepisach, zamknąć stary rok i przerobić górę papierów.

Od kilku dni owa „góra papierów” zalega na kuchennym kredensie i złośliwie szczerzy do mnie zęby. Ja tymczasem co spojrzę na „górę” zaczynam wymyślać: „co by tu robić by tej góry nie dotykać” I tymże sposobem zrobiłam całkiem udaną pieczeń z indyka, upiekłam chleb na zakwasie, obrobiłam zdjęcia i wysłałam do fotolabu, posprzątałam mieszkanie itd..... Dziś znów spojrzałam na „górę papierów” pozostały mi dwie możliwości: albo góra albo mycie okien. To drugie ze względu na temperaturę -10 C odpadło, cóż przyszedł czas by zmierzyć się z „górą”.

Po kilku godzinach ciężkiej pracy „góra” zmieniła się w maleńki, niepozorny stosik papierów z którym mam zamiar jutro rozprawić się ostatecznie. 

 
W ramach relaksu i poprawy humoru wieczorem zaczęłam przeglądać zdjęcia z ostatniego pobytu na ranczo. Pragnę zaprezentować piękny romantyczny pomost.


Myślę, że ową drewnianą budowle można pomostem nazwać, bo molo to chyba większe i nad morzem , a most łączy sobą dwa kawałki lądu. Ten piękny pomost położony jest nad jednym z mniejszych stawów. Znalazłam go podczas letniej przechadzki po lesie. Wyglądał cudnie. Warunki by go sfotografować były obiecujące – może aż nadto obiecujące. Po pierwsze o lustro wody uderzały krople deszczu, po drugie wyszło za chmur słonko i za pomostem pokazała się piękna tęcza a na dodatek po stawie płynęła rodzina kaczek. Zaaferowana tym widokiem przedarłam się przez zarośla i ….. prawie wbiegłam na pomost. Prawie, bowiem zapomniałam, iż mokre deski zdecydowanie zmieniają swoje właściwości. Na pomoście moje nogi zupełnie straciły przyczepność do podłoża. Szamotanina (nierówna walka by utrzymać równowagę, nie wpaść do wody, a przede wszystkim uratować sprzęt) skutecznie spłoszyła kaczki. Zanim się pozbierałam i odzyskałam równowagę zwłaszcza psychiczną -zniknęła tęcza, pozostał tylko deszcz.......

W czasie świąt znów wybrałam się na spacer nad małe stawy. Chciałam drewnianą konstrukcję pokazać Wojtkowi.

Mimo, iż w stawie nie było wody, pokryty szronem pomost i tak pięknie się prezentował . Tym razem na niego nie wbiegałam, zrobiłam fotkę i szepnęłam:  do zobaczenia wiosną :-)