Mam ostatnio szczęście do zaskakujących spotkań. Na tak zwaną czerwcówkę, czyli przedłużony weekend w okolicach Bożego Ciała, pojechaliśmy tradycyjnie na Rancho. Pogoda typowa dla wiosny - w kratkę – jeden dzień z deszczem, następny ze słońcem. W pogodną aurę po okolicy kręciło się sporo spacerowiczów, do tego uaktywnili się amatorzy sportów terenowych. W pobliżu naszego domu odnotowałam spory ruch: skutery, motocykle, kłady. Nie było sensu wybierać się do lasu, zwierzęta zaszyły się w gęstwinie.
To była dobra decyzja –
kolejny, deszczowy i pochmurny dzień skutecznie odstraszył hałaśliwych ludzi.
Późnym popołudniem, gdy deszcz ustał, wyciągnęłam Pana Męża na spacer. Kiedy
weszliśmy na leśną ścieżkę, zastrzegłam: „Mów tylko szeptem, cicho stąpaj i nie
pociągaj głośno nosem” 😉.
I jak zwykle to zadziałało.
Wpierw zaskoczyłam kaczki odpoczywające na brzegu stawu – choć właściwie to one
mnie zaskoczyły, gdyż miałam nieprzygotowany aparat. Następnie znad dużego
stawu poszliśmy groblą w kierunku średniego. Tym razem aparat był już ustawiony,
a palec spoczywał na spuście. Najpierw za starym bukiem wypatrzyłam sarnę (od
razu poprawił mi się humor) – pstryk, jest fotka! Poszliśmy dalej. W pewnej
chwili kątem oka dostrzegłam jakiś przemieszczający się cień. Przyłożyłam
aparat do oka i wówczas w obiektywie mignęła mi piękna łania. Seria zdjęć
zrobiona. Jeszcze nie zdążyłam opuścić rąk, gdy w wizjerze widzę coś
niesamowitego – prosto na mnie pędzi młody jelonek! Emocje sięgnęły szczytu.
Szybka kalkulacja: maluch przestaje mieścić mi się w kadrze – jest naprawdę
blisko! Dzielnie stoję w miejscu i pstrykam. W końcu spojrzałam na niego znad
aparatu. Stał jakieś 3 metry ode mnie. Oglądał się za siebie – widać było, że
szuka mamy. Później niepewnie zrobił krok w moją stronę. Pstryknęłam jeszcze
jedną fotkę, a Pan Mąż wyszeptał: „Zaraz zostaniesz jego adoptowaną matką”. W
tym samym momencie z gęstwiny dobiega nawoływanie łani. Aby nie płoszyć
malucha, spokojnie i po cichu się wycofujemy.
Emocje, jakie towarzyszą takim spotkaniom, są
niesamowite. Endorfiny buzowały w moim organizmie do późnej nocy. Wieczorem
przeglądałam zrobione zdjęcia i wysyłałam je najbliższym, by podzielić się
swoim szczęściem.
młody wcale nie był mały ;-)