poniedziałek, 16 marca 2020

Tymczasem na wsi - życie w cieniu wirusa


Od kilku dni docierają do nas z wszystkich stron niepokojące wiadomości dotyczące wirusa. Przez Polskę przetoczyła się fala paniki, szturm na sklepy, apteki, zamknięte szkoły i inne instytucje. Zapewne jak każdy czuję pewien niepokój, martwię się o zdrowie swojej rodziny i przyjaciół oraz aspekt ekonomiczny wirusowej zawieruchy. Jednak w tym całym zamieszaniu dostrzegam maleńką optymistyczną iskierkę .
Po pierwsze by nie zwariować od tych Hiobowych wieści słuchamy więcej muzyki, spędzamy czas rodzinnie a przede wszystkim nareszcie jest chwila by porozmawiać przez telefon z znajomymi i dalszą rodziną bo przecież na ogół większość też siedzi w domach.
Szczęśliwie szturmować sklepów nie musiałam. Życie na wsi nauczyło mnie, mieć zawsze w domu żelazne zapasy podstawowych artykułów spożywczych gdyż nigdy nie wiadomo z jakim żywiołem człowiekowi przyjdzie się zmierzyć.  Zatem zamiast marketu spacer po lesie, a w lesie jakby nigdy nic, dzikie ptactwo opanowało stawy, na drzewach pojawiają się coraz to większe pąki, szarość powoli ustępuje zieleni.  



Jednakże za kilka dni kończymy wiosenny urlop, trzeba będzie wrócić do miasta i nauczyć się funkcjonować w nowej rzeczywistości. 


sobota, 29 lutego 2020

Baśka









 Rok temu jesienią pojawiała się w naszym ogrodzie wiewiórka. Otrzymała tradycyjne imię Baśka. Pan Mąż postanowił o nią zadbać, co kilka dni wynosił jej parę orzeszków. Baśka je chowała w zakamarkach ogrodu a my z wielką radością przyglądaliśmy się poczynaniom sprytnego zwierzaczka. 





Przyszła zima wiewiórka zapadła w sen, a z nią i ogród.
Minęło kilka miesięcy ociepliło się, trawa buchnęła soczysta zielenią, Baśka wróciła. Widywałam ją przy ogrodowym poidełku a czasem na brzozie koło tarasu gdy z zainteresowaniem mi się przyglądała. Można powiedzieć, że nawiązała się między nami nić przyjaźni, co dzień dolewałam jej świeżej wody a Ona na tyle się oswoiła iż zaczęła wbiegać na taras.  
Jednak pewne wydarzenie pozostawiło rysę na naszej przyjaźni. A było to tak: pewnego wiosennego popołudnia Pan Mąż wjechał do ogrodu kosiarką. Kosiarka furgotała równomiernie a ja na tarasie popijałam popołudniową kawę i czytałam, mówiąc krótko błogie lenistwo. Nagle kosiarka cichnie a do mych uszu dobiega wołanie męża „ Kochanie chcesz zobaczyć czereśnie to choć i się napatrz się bo później nie będziesz miała szansy” 
Zastanawiałam się o co Panu Mężowi chodzi przecież za wcześnie na czereśnie, jeszcze nie dojrzały. Dojrzałe to i owszem lubią znikać w dziobie dzięcioła.   
Podeszłam pod drzewo, co widzę nasza Baśka wyjada owoce. Pan Mąż pewnie by jej nie wypatrzył ale dostał pestką w głowę kiedy kosił trawę pod drzewem. Baśka chyba się zorientowała, iż popełniła wielkie faux pas. Weszła na nieco wyższą gałąź, schowała się za kępką liści. Długo tak nie wytrzymała, wisząca obok czereśnia kusiła. Ruda nie odrywając ode mnie wzroku  bardzo powolutku wyciągnęła łapkę po owoc a kiedy już go chwyciła szybko zdobycz wepchnęła do pyszczka.  
W tenże sposób mały złodziejaszek opędzlował całe drzewo.





Jak będzie w tym roku, czy uda mi się skosztować czereśni zobaczymy.

niedziela, 23 lutego 2020

Powrót po latach


Parę lat temu porzuciłam pisanie bloga. Na ten stan rzeczy złożyły się różne wydarzenia i wyzwania, zakrzywiające moją czasoprzestrzeń do „niedoczasu”, a to zaś zmusiło mnie do odłożenia bloga na półkę „później”.
Czy tęskniłam? Owszem tak, bowiem pisanie to swego rodzaju gimnastyka dla umysłu ale też moment kiedy można oderwać się od codziennego pędu, spojrzeć na otoczenie z dystansem i docenić to co najważniejsze.
   Blog to również zdjęcia. Jestem entuzjastką fotografii, amatorką która po prostu lubi pstryknąć fotkę. Czasem wychodzi z tego coś fajnego a czasem kompletna klapa.  Ostatnimi czasy częściej wychodziło to drugie, co mnie bardzo zniechęcało. Wysłużony aparat coraz częściej się buntował, odmawiał współpracy. Darzyłam go wielką miłością, nie chciałam weterana a zarazem współtowarzysza przygód wymieniać na nowszy model. Jednak nasz ostatni wyjazd na wieś przepełnił czarę goryczy, kilkukrotne resetowanie w czasie prób fotografowania oraz niedziałające kółko nastaw znacznie ochłodziło moje uczucia i przyśpieszyło decyzję by poszukać następcy. 

  
Wracając do tematu wsi, powinnam nadmienić, iż czuć tam już wyraźny powiew wiosny. W ogródku zakwitł pigwowiec, słyszałam śpiew skowronka, las budzi się z zimowego snu, a napełnione wodą stawy przyciągają ptactwo oraz niespokojne dusze spragnione ciepłych promieni słońca.
Tak, tak spotkałam Stawowego z Małżonką . Pozdrawiam serdecznie, miło było pogawędzić 😊

piątek, 18 sierpnia 2017

Wyprawa na obiad u łabędzi

Druga połowa sierpnia – moja ulubiona część wakacji, upały już nie są tak dokuczliwe, zresztą tak samo jak robactwo w lesie (jest, ale w akceptowalnej ilości).  Siedzę  na tarasie od strony lasu wiatr przynosi aromat żywicy sosnowej a od drogi dobiegają odgłosy wsi. Sąsiedzi wsparci o płoty, dość głośno wymieniają się nowinami. Ta sielska atmosfera sprowokowała mnie do napisania kilku słów o wydarzeniach sprzed paru dni.
Trzy dni temu namówiłam córkę na wycieczkę rowerową do lasu. Z tym namawianiem musiałam się nagimnastykować bowiem córka jest typowym molem książkowym, ceni sobie dobrą literaturę oraz wygodny fotel a na myśl o poceniu się na rowerze wzdryga się z obrzydzeniem. Ma jednak też cechę „badacza naukowca” jak natknie się na coś interesującego daje się bez reszty porwać przygodzie. Tak właśnie było tym razem: „OK, pojadę ale tylko kawałek ….”
Nosiłyśmy się z zamiarem odwiedzenia Stawowego. Dojechałyśmy do jego domku – niestety nikogo nie zastałyśmy. Chwilę pokręciłyśmy się nad jeziorkiem by następnie ruszyć na przejażdżkę wzdłuż grobli. W dalszej części grobla jest mało uczęszczana, droga piaszczysta i zryta przez dziki, miałyśmy już zawracać gdy usłyszałyśmy dziwne chlapanie, ciamkanie, mlaskanie. Zeszłyśmy z rowerów by po cichu podejść do miejsca z którego dochodziły dźwięki. 


W jednym z zaułków jakie tworzy kanał wytworzyło się bajorko całkowicie pokryte rzęsą wodną, w tym właśnie bajorku rodzina łabędzi urządziła sobie obiad.  Łabędzie wyglądały jak odkurzacze, ich płasko położone na wodzie dzioby wsysały zielone rośliny z powierzchni, chlipiąc i mlaskając.  Z ukrycia obserwowałyśmy ptaki, zrobiłam kilka zdjęć.




Martynę pochłonęły przyrodnicze obserwacje zapragnęła więcej, więc pojechałyśmy dalej nad śluzę. Nad śluza wystarczy przejść po drewnianej kładce aby znaleźć się na cyplu, z którego rozciąga się piękny widok na staw. Tam też czekały na nas niespodzianki w postaci czapli czyhających na przekąskę . 

Tak oto nasza półgodzinna przejażdżka przerodziła się w kilku godzinną wyprawę przyrodoznawczą J

środa, 28 czerwca 2017

Rancho z lotu ptaka

Korzystając z uprzejmości sąsiada pragnę zaprezentować film pokazujący nasze piękne okolice widziane okiem drona 😉

niedziela, 21 maja 2017

Pleszki – po sąsiedzku.

Kilka lat temu po tym jak do skrzynki na listy próbowały wprowadzić się ptaki, mój Ojciec powiesił na drzewach  3 budki lęgowe. Co roku zawiesza nowe gdyż  ptaków przybywa, pojawiają się nowe gatunki. Ten rok obfituje w ptaki śpiewające. W krzakach jaśminu gniazdują kosy, sikorki zajęły słupki lamp, sójki uwiły gniazdo pod daszkiem drewutnio-altany, a do budki na brzozie koło domu wprowadziły się pleszki. Wcześniej w tej budce mieszkał dzięcioł można powiedzieć, że był niekłopotliwym cichym sąsiadem. Pleszki są jego przeciwieństwem, cały czas podśpiewują i hałasują. Doszło do tego, iż jestem zmuszona zamykać okno gdy rozmawiam przez telefon.

Tak rozświergotanej wiosny w mieście to jeszcze nie było !

niedziela, 14 maja 2017

Bobry

  Majówka dla nas rozpoczęła się dopiero 3-go i minęła bardzo pracowicie. Kapryśna aura  wyznaczała harmonogram działań. Kiedy wychodziło słońce – koszenie i prace ogrodowe, kiedy zaczynało padać „Bohaterowie domu” budowali letnią rezydencję dla Maxa. Michał mimo prac miał jeszcze siłę na wieczorne spacery po lesie. Pewnego wieczora po powrocie od razu zaczął pokrzykiwać: Mamo, Mamo widziałem bobry!
Początkowo zbyłam jego opowieści krótkim acha, ale kiedy opowieść poparł dowodem w postaci filmu nagranego komórką, o to się już tematem zainteresowałam. Umówiliśmy się, iż następnego wieczora  pójdziemy razem, może  jakieś zdjęcia zrobię.
Faktycznie kolejnego dnia poczłapałam na wieczorny spacer. Gdzieś w połowie drogi dało znać o sobie zmęczenie, miałam ochotę zawrócić ale Syn twardo twierdził, że bobry na pewno będą.
 OK – powiedziałam idę ale jak ich nie spotkamy to do domu niesiesz mnie na barana.

Postękując z lekka dowlekłam się do grobli a tam …..zaraz za zakrętem czekał pierwszy bóbr, parę metrów dalej wypatrzyłam następnego podgryzającego pień drzewa.  Zmęczenie zniknęło jak za dotknięciem magicznej różdżki a ja z aparatem,  po cichutku  tropiłam zwierzynę. Przeszliśmy tam i z powrotem całą groblę. Zwierzaki czasem się chowały a czasem wręcz pozowały. Zrobiłam sporo zdjęć, którymi zaraz po powrocie do domu pochwaliłam się reszcie rodziny. 
P. Stawowy chyba nie będzie zadowolony z nowych lokatorów i ich porządków.