środa, 28 czerwca 2017
Rancho z lotu ptaka
Korzystając z uprzejmości sąsiada pragnę zaprezentować film pokazujący nasze piękne okolice widziane okiem drona 😉
niedziela, 21 maja 2017
Pleszki – po sąsiedzku.
Kilka
lat temu po tym jak do skrzynki na listy próbowały wprowadzić się ptaki, mój
Ojciec powiesił na drzewach 3 budki lęgowe.
Co roku zawiesza nowe gdyż ptaków
przybywa, pojawiają się nowe gatunki. Ten rok obfituje w ptaki śpiewające. W
krzakach jaśminu gniazdują kosy, sikorki zajęły słupki lamp, sójki uwiły
gniazdo pod daszkiem drewutnio-altany, a do budki na brzozie koło domu wprowadziły
się pleszki. Wcześniej w tej budce mieszkał dzięcioł można powiedzieć, że był niekłopotliwym
cichym sąsiadem. Pleszki są jego przeciwieństwem, cały czas podśpiewują i hałasują.
Doszło do tego, iż jestem zmuszona zamykać okno gdy rozmawiam przez telefon.
Tak
rozświergotanej wiosny w mieście to jeszcze nie było !
niedziela, 14 maja 2017
Bobry
Majówka
dla nas rozpoczęła się dopiero 3-go i minęła bardzo pracowicie. Kapryśna aura wyznaczała harmonogram działań. Kiedy
wychodziło słońce – koszenie i prace ogrodowe, kiedy zaczynało padać „Bohaterowie
domu” budowali letnią rezydencję dla Maxa. Michał
mimo prac miał jeszcze siłę na wieczorne spacery po lesie. Pewnego wieczora po
powrocie od razu zaczął pokrzykiwać: Mamo, Mamo widziałem bobry!
Początkowo
zbyłam jego opowieści krótkim acha, ale kiedy opowieść poparł dowodem w postaci
filmu nagranego komórką, o to się już tematem zainteresowałam. Umówiliśmy się, iż następnego wieczora pójdziemy razem, może jakieś zdjęcia zrobię.
Faktycznie
kolejnego dnia poczłapałam na wieczorny spacer. Gdzieś w połowie drogi dało
znać o sobie zmęczenie, miałam ochotę zawrócić ale Syn twardo twierdził, że
bobry na pewno będą.
OK – powiedziałam idę ale jak ich nie spotkamy to do domu
niesiesz mnie na barana.
Postękując
z lekka dowlekłam się do grobli a tam …..zaraz za zakrętem czekał pierwszy
bóbr, parę metrów dalej wypatrzyłam następnego podgryzającego pień drzewa. Zmęczenie zniknęło jak za dotknięciem
magicznej różdżki a ja z aparatem, po
cichutku tropiłam zwierzynę. Przeszliśmy
tam i z powrotem całą groblę. Zwierzaki czasem się chowały a czasem wręcz
pozowały. Zrobiłam sporo zdjęć, którymi zaraz po powrocie do domu pochwaliłam
się reszcie rodziny.
P. Stawowy chyba nie będzie zadowolony z nowych lokatorów i ich porządków.
środa, 26 kwietnia 2017
Rudzik budzik
Gdyby
nie pojawienie się na drzewach jaskrawej zieleni była bym przekonana, iż dalej
panuje zima. Aura nas nie rozpieszcza. Jednak ptactwo z uporem wiosnę
przywołuje, gdy tylko zaczyna świtać rozpoczyna swoje ptasie trele… Te ćwierknięcia,
pogwizdywania i śpiewy są na tyle głośne, że budzą mnie i resztę rodziny
codziennie przed 5. Później ptasi gwar
nieco przycicha, można jeszcze się zdrzemnąć pół godzinki.
Przed
siódmą szykuję śniadanie Martynie i znów słyszę głośne namolne gwizdnięcia, spoglądam
…..a na Dębie rosnącym przed kuchennym oknem
przysiada Rudzik i rozpoczyna serenadę.
Chwyciłam aparat - upolowałam ptaka J.niedziela, 26 marca 2017
Fotograficzne czary mary
Kilka
dni temu pojechałam do sąsiedniego miasteczka zrobić zdjęcie paszportowe,
towarzyszył mi Ojciec, który z kolei robił fotkę do dowodu.
Czekając
na zdjęcia zaczepiłam Pana fotografa, chwaląc jego obiektyw portretowy Zeiss-a.
Pan fotograf uradowany, iż klient docenia sprzęt, zamiast drukować zdjęcia rzucił
się w kierunku szafki za biurkiem i zaczął wyciągać z niej swoje fotograficzne
skarby.
Kiedy już pocmokałam nad prezentowanymi mi obiektywami nastąpił pokaz najnowszego oprogramowania do obróbki portretów na przykładzie klientki sprzed tygodnia. Starsza Pani -babunia 95 lat, ubrana w czarną sukienkę z doczepianym koronkowym kołnierzykiem została przerobiona na 60 -latkę. Podobno klientka była bardzo zadowolona z portretu. Jednak w mych oczach Pan fotograf został zdegradowany z artysty do podrzędnego grafika komputerowego. Wraz ze zmarszczkami zabrał kobiecie 30 lat życia, radości i trosk. Zmienił jej pogodną twarz na twarz plastikowej lalki stylizowanej na starszą panią. Okropność !
W szale przeróbek fotograf odmłodził również o 10 lat mojego Ojca natomiast mi ujął około 5-u a za to, dodał makijaż (niebieskie cienie do oczu – nigdy takich nie używam). Nawet nie protestowałam, zapłaciłam za zdjęcia potraktowałam je jako ciekawostkę w końcu na dokumentach i tak będą czarno białe……
Po wyjściu z zakładu mój Ojciec westchnął: Sztuka umiera…… ale w sumie to patrz, nie potrzeba fryzjerki, stylistki, kosmetyczki ani siłowni. Idziesz do takiego fotografa a on w 10 minut nawet Cię odchudzi ;-)
Fotkami pochwaliłam się Panu Mężowi mówiąc, że gdyby kiedyś poczuł się staro to mogę mu polecić ciekawy zakład fotograficzny …….
Obok zdjęcie energetycznej herbaty wyczarowanej na blacie kuchennym bez pomocy komputera :-) W końcu jestem tylko amatorem nie mającym cierpliwości do fotoshop-a.
środa, 22 marca 2017
Poranne spotkanie z Bielikiem
Po
trzech miesiącach udało się wygospodarować trochę czasu by pojechać na rancho.
Pogoda nie zapowiadała się rewelacyjnie a moja optymistyczna część duszy
szeptała: „deszcz też bywa piękny !” Tak na wszelki wypadek oraz w tęsknocie za żurawiami spakowałam aparat.
W
Piątak dotarliśmy na miejsce, przywitał
nas deszcz. Po rozpakowaniu bagaży i mimo mżawki poszłam z Panem Mężem na
spacer nad stawy. W lesie czuć i słychać wiosnę, stawy napełnione wodą, kaczki,
łabędzia a nawet znajoma para gęsi – wszystko na swoim miejscu :-)
Kolejnego
poranka znów mżawka. Wstałam z ciepłego łóżka podchodzę do okna, miałam nadzieję
zobaczyć żurawie, wkońcu to z ich powodu przywlekłam z sobą najcięższy obiektyw. Spoglądam
lekko jeszcze zaspana przez okno i marudzę: Żurawi nie ma ….. ale chyba coś tam
na polu siedzi …
„Coś” zainteresowało
Pana Męża też zwlekł się z łóżka patrzy i komentuje: Duże jak Żurawie ale siedzą….
, może to zmokłe kury giganty.
Spojrzałam
jeszcze raz, tym razem przez teleobiektyw, mogłam dostrzec charakterystyczny
gruby dziób i wielkie szpony ależ to …..
najprawdziwsze Orły Bieliki ! Poczułam się naprawdę wyróżniona, jest ich w
Polsce tylko 650 par, a ja tak z rana, w piżamie mogę je sobie oglądać.
Zrobiłam
parę zdjęć przez lekko uchylone okno. Ubrałam
się i zachowując najwyższą ostrożność wyszłam tyłem domu na podwórko. Moje
przypuszczenia co do czujności dostojnych gości były słuszne, gdy tylko
wystawiłam obiektyw zza krzaka berberysu na polu był już tylko jeden Orzeł,
który właśnie zbierał się do odlotu.
sobota, 11 marca 2017
Rzeź drzewostanu.
Na
pytania znajomych czy blog żyje? Odpowiem owszem żyje, ale na zwolnionych
obrotach jak to na przedwiośniu kiedy za oknem szaro - buro a dusza by chciała
ciepełko i zieleń.
Choć
muszę przyznać, że pierwsze oznaki wiosny już się pojawiają. Dziś rano odgłos pił spalinowych zastąpiło donośne
świergolenie ptactwa.
Wiele
osób w okolicy wykorzystało złagodzenie przepisów by zrobić porządki w swoich
ogrodach. Wycinali nadmiernie rozrosłe krzaczyska czy stare schorowane drzewa.
Niby wcześniej też można było ale za zgodą gminnego urzędnika, a to wymagało
napisania podania, załączenia mapki z drzewami i wykazu drzew z ich obwodami. Po pewnym czasie
przyjeżdżał urzędnik na wizje lokalną, następnie wydawał lub nie zezwolenie na
wycinkę. Wiem to wszystko gdyż całą tę procedurę przerabiałam osobiście. Wracając
do pił, ludzie wzięli się za porządki a ekolodzy podnieśli raban w mediach, iż
takich swobód być nie może, cenne drzewostany giną, prawo trzeba zmienić
ponownie. Jak kraj długi i szeroki obywatele
w obawie przed kolejną zmianą z zdwojoną siłą i pewnym amoku ruszyli wycinać.
Za tym trendem poszedł nawet mój sąsiad. Pole które przez 15 lat zapuścił tak,
iż zmieniło się w zagajnik postanowił …… no właśnie nie mogę powiedzieć, że uporządkować bo było by to nadużyciem
tego słowa.
Początkowo na poczynania
sąsiada patrzyłam obojętnie (jego ziemia - jego sprawa) jednak kiedy zaczął przycinać moje sosny, poszłam by
delikatnie zwrócić mu uwagę iż narusza cudzą własność. W sąsiada jakby demon wstąpił zmienił kolor na
czerwony i zaczął pokrzykiwać. Właściwie to nie wiem o co chodziło byłam mocno
wystraszona, gdyż staruszek wyglądał jakby miał zaraz dostać udaru lub zawału.
Z
odsieczą przyszedł mi bratanek sąsiada, zaczął staruszka uspakajać. Widząc że
nic nie wskóram odeszłam. Sąsiad odpuścił sosny, poszedł kontynuować rzeź na
swoich niewiniątkach. Pogrom jakiego dokonywał na polu był okropny, miałam
obawy że jak wyrżnie wszystkie drzewa a zwłaszcza te w bliskim sąsiedztwie mego
domu będę przez kolejne 15 lat oglądać totalne pobojowisko. Szczęśliwie
gdy zbliżał się do budynku jego piła zgrzytnęła, warknęła, wypuściła wielką
szaroniebieską chmurę dymu i …… zamilkła. Drzewa przed oknem uratowane! Wiewiórki
i ptaszki mają gdzie mieszać !
Przynajmniej na razie taki mam widok z okna.
Pobojowisko jakie po sobie zostawił sąsiad.
Subskrybuj:
Posty (Atom)