środa, 13 lutego 2013

Dziki Dzik !

W naszym "prawie mieście" często widuję różne zwierzaki: sarenki, zające,bażanty. Natomiast dziki głównie słyszę. Wieczorami gdy już nikt się nie kręci, wychodzą z zagajnika i na łące przed domem szukają smakołyków, chrumkają, mlaskają, tupią, szeleszczą trawą.  Z powodu ciemności trudno je dostrzec, kiedy zaświecę latarkę zaraz chowają się za sosnami. W dzień siedzą w lesie i udają, że ich nie ma. 
 Natomiast dziś.......
wydarzyła się taka oto historia:
Przyjechałam do domu z wymarzonym "sprzętem optycznym". Chciałam ten sprzęt wypróbować ale pogoda zupełnie nie spacerowa. Znów szarość i mgły. Pomyślałam, że może chociaż jakiegoś ptaka na drzewie wypatrzę - też nic wszystkie się pochowały. Mamrocząc pod nosem spojrzałam przez okno: coś mignęło mi między drzewami, czyżby znów psy uciekły sąsiadowi ..... nie to był najprawdziwszy "dziki dzik". Spacerował majestatycznie przed oknem sypialni. Otwarłam okno popatrzyłam na niego, on na mnie.... Chwyciłam aparat w rękę szybko zamontowałam wcześniej wymieniony sprzęt optyczny i ...... ufociłam dzika. 



Dzik podjął wezwanie, pięknie pozował i przechadzał się wzdłuż ogrodzenia jak modelka po wybiegu. W końcu skierował swe kroki w stronę naszego kompostownika i wtedy uświadomiłam sobie, że do kompostownika poszedł również Wojtek wyrzucić odpadki.

Zachrumkałam..... dzik od-chrumkał, spojrzał na mnie swymi zaczerwienionymi oczami, ponownie przemyślał sprawę ..... skręcił  w stronę lasku.



Taki to model na dobry początek mi się trafił ;-)

niedziela, 20 stycznia 2013

Sentymentalnie, tym razem będzie o domu rodzinnym

Zapaliłam świece, nalałam do kieliszka pysznego wina, siedzę i rozmyślam. No bo co tu robić w środku zimy. Śniegu napadało, mróz -13. Niebo zasnute szarymi chmurami, Martyna zakatarzona, czuję zbliżającą się chandrę. Tęsknię za ranchem. Dobrze że jeszcze tylko tydzień i ferie.

Rety właśnie na to wpadłam zachowuję się jak bym znów była w szkole odliczam czas do weekendów, ferii i wakacji – masakra w końcu jestem dorosła – nie powinno tak być.

No dobrze dość tych dygresji na temat moich odczuć, miałam dziś napisać o czymś bardzo ważnym. O domu rodzinnym.

Dla mnie domem rodzinnym jest dom mojej babci, gdzie spędziłam całe dzieciństwo a później jako nastolatka w chwilach krytycznych wracałam z podkulonym ogonem. Ten dom tętnił życiem. Babcia miła troje dzieci więc zawsze moi wujkowie czy kuzynostwo byli w pobliżu. Były wspólne zabawy w chowanego, gry w karty, nocne opowieści o duchach i wiele innych przygód. Była też babcia, która piekła wspaniałe ciasta, była duszą towarzystwa, zawsze miała ciepłe słowa na pociechę i tysiąc sposobów na uratowanie podbramkowych sytuacji. Był też dziadek –ostoja spokoju i wielkiej mądrości.

Nasz dom to część poniemieckiego majątku, spora willa z bardo długą historią, wielokrotnie przebudowywany- rozbudowywany. Pełnił różne funkcje, podobno była w nim kiedyś poczta. Po wojnie prawie cały dom zajmowali dziadkowie jedynie kilka pomieszczeń na parterze było przeznaczonych dla biura PGR-u. Jak to w dziwnych czasach dziwnie toczyły się koleje losu domu w końcu stanęło na tym iż dom miał dwóch właścicieli. Piętro zajmowali dziadkowie a parter zasiedlili nowi mieszkańcy. Jak wiadomo dobro wspólne - znaczy niczyje, dom zaczął niszczeć.

Apogeum nastąpiło po śmierci dziadków. Opustoszały dom, zarośnięty sad, po ogrodzie warzywnym ani śladu. Budynek zaczął przypominać opuszczoną ruderę. Sąsiedzi zupełnie o niego nie dbali mimo, iż nadal w nim mieszkali.

Kiedy zaczynałam budowę w Jedliskach czasami zaglądam do starego domu. Tak by nikt mnie nie widział skradałam się do sadu by dotknąć stuletniego orzecha i popatrzyć z łzą w oku na to wszystko co minęło a takie bliskie sercu.
 




Zdjęcia zrobione kwietniu 2009r. Początek remontu.

















Jakże byłam szczęśliwa gdy dowiedziałam się, iż wujek ma zamiar wyremontować dom. Trzymałam za niego kciuki. Gdy zakończył remont- a trwało on tyle co budowa mojego Jedliskowego domu, efekty były i są oszałamiające ;-)


 Zdjęcie z kwietnia 2012r. Po remoncie ;-)

Dziękuje Ci Wujku, iż ocaliłeś ten dom (nie podzieli on losu innych poniemieckich majątków)

Dziękuję, iż ocaliłeś kawał historii tego miejsca a także naszej rodziny.

Dziękuje, iż historię tą opowiedziałeś moim dzieciom.



Howgh



Ciekawostka:

W czasie skuwania tynków w środku  jedna z belek odkryła przybity kartonik - świadectwo poprzedniej przebudowy :-)


poniedziałek, 14 stycznia 2013

Znalezione w lesie, czyli o romantycznym pomście i nie tylko

Za oknem w „prawie mieście” szaleje śnieżyca- zima w pełni.

Początek roku to dla mnie zawsze okres wzmożonej pracy. Trzeba się zapoznać z zmianami w przepisach, zamknąć stary rok i przerobić górę papierów.

Od kilku dni owa „góra papierów” zalega na kuchennym kredensie i złośliwie szczerzy do mnie zęby. Ja tymczasem co spojrzę na „górę” zaczynam wymyślać: „co by tu robić by tej góry nie dotykać” I tymże sposobem zrobiłam całkiem udaną pieczeń z indyka, upiekłam chleb na zakwasie, obrobiłam zdjęcia i wysłałam do fotolabu, posprzątałam mieszkanie itd..... Dziś znów spojrzałam na „górę papierów” pozostały mi dwie możliwości: albo góra albo mycie okien. To drugie ze względu na temperaturę -10 C odpadło, cóż przyszedł czas by zmierzyć się z „górą”.

Po kilku godzinach ciężkiej pracy „góra” zmieniła się w maleńki, niepozorny stosik papierów z którym mam zamiar jutro rozprawić się ostatecznie. 

 
W ramach relaksu i poprawy humoru wieczorem zaczęłam przeglądać zdjęcia z ostatniego pobytu na ranczo. Pragnę zaprezentować piękny romantyczny pomost.


Myślę, że ową drewnianą budowle można pomostem nazwać, bo molo to chyba większe i nad morzem , a most łączy sobą dwa kawałki lądu. Ten piękny pomost położony jest nad jednym z mniejszych stawów. Znalazłam go podczas letniej przechadzki po lesie. Wyglądał cudnie. Warunki by go sfotografować były obiecujące – może aż nadto obiecujące. Po pierwsze o lustro wody uderzały krople deszczu, po drugie wyszło za chmur słonko i za pomostem pokazała się piękna tęcza a na dodatek po stawie płynęła rodzina kaczek. Zaaferowana tym widokiem przedarłam się przez zarośla i ….. prawie wbiegłam na pomost. Prawie, bowiem zapomniałam, iż mokre deski zdecydowanie zmieniają swoje właściwości. Na pomoście moje nogi zupełnie straciły przyczepność do podłoża. Szamotanina (nierówna walka by utrzymać równowagę, nie wpaść do wody, a przede wszystkim uratować sprzęt) skutecznie spłoszyła kaczki. Zanim się pozbierałam i odzyskałam równowagę zwłaszcza psychiczną -zniknęła tęcza, pozostał tylko deszcz.......

W czasie świąt znów wybrałam się na spacer nad małe stawy. Chciałam drewnianą konstrukcję pokazać Wojtkowi.

Mimo, iż w stawie nie było wody, pokryty szronem pomost i tak pięknie się prezentował . Tym razem na niego nie wbiegałam, zrobiłam fotkę i szepnęłam:  do zobaczenia wiosną :-)


sobota, 13 października 2012

Współlokatorka czyli nocne strachy

Zawsze uważałam, że jak wyjeżdżamy z Jedlisk nasz dom zapada  w drzemkę, by obudzić się gdy ponownie przekroczymy jego próg. Może i tak było ale, do czasu, a precyzyjnie rzecz ujmując do zeszłego tygodnia.
Tydzień temu dom się obudził i .... włączył alarm. Dziwny to był alarm bowiem na monitoringu nic nie było  widać.
Alarmy zaczęły się powtarzać co kilkanaście godzin. Nieco zaniepokojona tym stanem rzeczy, poprosiłam znajomych by sprawdzili co się dzieje. Znajomi dom obejrzeli i.... nic. Znaleźli parę ciem średniej wielkości, które wyprosili na zewnątrz. Myślałam iż to załatwi sprawę - myliłam się. Dom obudził się o trzeciej w nocy i znów włączył alarm. Ten alarm wyrwał mnie z snu, przewracałam się w łóżku zastanawiając się: co tam chodzi, skoro niczego nie ma .... może..... duch hrabiny .......o którym tyle słyszałam.....
Wojtek wysnuł wniosek, iż to zapewne któraś z czujek się zepsuła, zaproponował bym pojechała na wieś i spotkała się z serwisantem celem usunięcia usterki. Cóż ja jednak po-cichu obstawałam przy hrabinie więc stanowczo zaprotestowałam. Wybrałam opcję: wspólny wyjazd w weekend.

W Sobotę byliśmy już na miejscu. Krzątałam się po kuchni  by nakarmić wiecznie głodne dzieci a Wojtek poszedł napalić w piecu. Po kilku minutach przychodzi i oznajmia : - "właśnie miałem spotkanie trzeciego stopnia z naszą współlokatorką. na regale w kotłowni siedziała mała myszka."
Wykluczenie hrabiny z grona podejrzanych nieco mnie uspokoiło. Natomiast dokładne oględziny domu pokazały, że  mała myszka = spory bałagan (pod tym względem hrabina była by lepsza)
Wojtek podjął nierówną walkę z myszą. Nastawił karmniki i kilka pułapek z rożnym menu.
Wieczorem myszka z wrodzonym sprytem wyjadała z pułapki kiełbaskę i udała się ponownie do kotłowni grzać łapki przy piecu. W nocy gdy zrobiło się cicho - wszyscy spali, mysza  postanowiła pobiegać. Wpadła z impetem do naszej sypialni, narobiła strasznego rabanu próbując wspiąć się na komodę. Oczywiście pogoń zaspanego Wojtka za sprytną myszką  w środku nocy nie miała sensu więc walka została podjęta następnego dnia. Znów pułapki i różne specyfiki.
Niestety nie wiem jak dalej potoczyły się sprawy współlokatorki  My musieliśmy wrócić do prawie miasta - do pracy. Wnioskuję jednak, że skoro alarm się już nie włącza to: kiełbaska w końcu zaszkodziła myszce i przeniosła ją do krainy wiecznych łowów.






 Oczywiście czas w Jedliskach to nie tyko bieganie za zwierzyną. Były spacery po jesiennym lesie i zbieranie grzybów.











niedziela, 23 września 2012

Winobranie

Kilka lat temu Wojtek wygrzebał na przepastnym strychu swych rodziców poniemiecką prasę do winogron. Była w opłakanym stanie: zardzewiałe nogi przegniły kosz i korniki w elementach drewnianych. Patrzyłam na nią sceptycznie. Takie brudne coś w mojej czystej kuchni. Jednakże na skutek uporu męża przywlekliśmy ten antyk do naszego domu i rozpoczęła się reanimacja. Wpierw pojechały do piaskowania i malowania spożywczą farbą elementy stalowe. Później były wielogodzinne internetowe poszukiwania stolarni która dorobiła by nowy dębowy tłok. Najwięcej problemów przysporzyło zrobienie nowego kosza z stali nierdzewnej. 
W końcu się udało.



 





Tak się prezentuje prasa po renowacji.












A ponieważ w tym roku nasze winorośle w końcu obwicie zaowocowały, zebraliśmy kilka wiaderek owoców.



  Proces tłoczenia choć nieco zmechanizowany i tak wymaga silnej ręki :-)


A tu już czysty sok - pychota . Tak słodki iż Martyna wypiła dwie szklanki - bez słodzenia :-) 
 Reszta soku trafiła do szklanego  gąsiora i spokojnie sobie fermentuje. Jakie będą tego efekty okaże się za kilka miesięcy.

czwartek, 12 lipca 2012

Gzy, ślepce, końskie muchy, bąki


Jak zwał jak tak w każdym bądź razie chodzi o to paskudztwo, które żyć nie daje.
Generalnie od kiedy pozbyliśmy się sprzed domu wybujałej nawłoci całe to paskudztwo opuściło naszą posesję. Czasem pojawiają się pojedyncze sztuki.

Natomiast w lesie …..
Dwa dni temu Michał namówił mnie bym pojechała z nim do leśniczego przez las.
Pierwsze 50m - wszystko ok! Myślę sobie będzie fajna przejażdżka.
Gdy tylko ta myśl przeszła przez mą głowę wjechaliśmy na taką piaszczystą polankę i …zaczął się HORROR. Ze wszystkich stron nadlatywały gzy, atakowały głównie głowę. O zawróceniu nie było mowy, bałam się że gdy stanę by wrócić one mnie zeżrą. Naciągnęłam na głowę kaptur kurtki przeciw deszczowej. To znacznie ograniczyło widzialność, ale może i dobrze bo gdybym widział tą czarną chmurę gzów pewnie bym spanikowała. A tak krzyknęłam do młodego trzymaj się prawej a ja lewej i do przodu.
Łatwo krzyknąć, ale gorzej z wykonaniem, po piachu rower wcale nie był taki wyrywny, gzy uderzały w mój kaptur (wrażenie jakby padał grad). W końcu dojechaliśmy do bardziej utwardzonej drogi. Usłyszałam jak Michał mówi : mama jedziemy już 30km/h a one dalej za nami pędzą. Makabra.... Dopiero koło jeziorek zwolniliśmy, zerwaliśmy pokaźne gałęzie i odpędziliśmy tałatajstwo. Parę minut odpoczynku i dalej w drogę. Kawałek za budką Stawowego kolejny atak, tym razem już nie zatrzymywaliśmy się dojechaliśmy do Wierzbicy Górnej na pełnym szwungu.
Byłam tak zmęczona iż ledwo trzymałam rower pomyślałam a może by tak zadzwonić po Wojtaka by po nas przyjechał , ale honor i brak zasięgu nie pozwolił na taką opcję. Postanowiliśmy z Michałem iż wrócimy do domu nieco dłuższą ale bezpieczniejszą asfaltową drogą.

Wczoraj wybrałam się z Młodym samochodem do Nowej Wsi po mleko, wracaliśmy przez las, gzy zaatakowały w tym samym miejscu. Tyle że tym razem siedziałam w samochodzie kompletnie wyluzowana i myślałam: teraz możecie się tylko oblizać nie dopadniecie mnie przez szybę. Zażarte owady nie odpuszczały, atakowały szyby, wyleciały za nami z lasu i odprowadziły auto aż na podwórko. Było ich tak dużo, iż siedzieliśmy w samochodzie i czekaliśmy z pięć minut by się rozproszyły, jakoś nie mieliśmy ochoty na spotkanie z nimi oko w oko.


By walczyć z wrogiem trzeba poznać jego obyczaje, zaczęłam szukać informacji, skarbnicą okazały się fora koniarzy. Znalazłam różne wskazówki co robić by dziadostwo odstraszyć. Postanowiłam sprawdzić kilka sposobów, jeśli coś zadziała zapewne o tym napiszę.

Na razie wiem na pewno że: gzy wykluwają się i są najbardziej aktywne w lipcu – to prawda.

Informacja iż są aktywne tylko przez kilka godzin a w południe w największy skwar śpią – brednie atakują o 6 rano , o 11 , o 12, o 13 tak samo, wieczorem też nie robią sobie przerw.

Co do zapachowych specyfików : OFF – w przypadku gzów NIE DZIAŁA
Sprawdzę wieczorem olejek waniliowy.

Gdyby ktoś miał sprawdzone sposoby proszę o wskazówki.





wtorek, 4 maja 2010

Dla twardzieli cała papierologia

Postanowiłam spisywać wszystkie przygody związane z budowa domu w Jedliskach ponieważ bałam się iż coś mogę pominąć. Ponadto chciałam dokładnie wiedzieć co będzie trwało dłużej budowa domu czy też biurokratyczna przepychanka z budowa związana.

18.06.2009r

Podpisałam akt notarialny na przeniesienie własności. Od tego momentu jestem prawowitą właścicielką i w pełni rozporządzam działką . Uff

Do dzieła !!!

29.07.2009r.

Aby cokolwiek wybudować trzeba zapoznać się z warunkami zabudowy na danym terenie. Jeśli nie ma planu zagospodarowania terenu który nas interesuje zwracamy się do gminy o wydanie warunków zabudowy. Tyle teoria a co w praktyce?

Wpierw była szalona podróż z Warszawy do Kluczborka. Martwiłam się czasem podróży, chciałam zdążyć przed 14 do starostwa w Kluczborku by pobrać wszystkie niezbędne mapy. Dzień wcześniej dzwoniłam do działu geodezji z prośbą o przygotowanie map oraz wypisu z gruntu.
Miła niespodzianka, kiedy dotarłam na miejsce okazało się, iż wszystko jest dla mnie przygotowane. Szybciutko pobiegłam do kasy by uiścić opłaty za mapy, wyrysy i wypisy.Z Kluczborka jadę do Wołczyna tym razem do urzędu gminy – pobrać i złożyć wniosek o wydanie warunków zabudowy.Niestety w Gminie nie było już tak różowo Pan H. do którego zostałam skierowana, druk wniosku wydał i owszem ale kiedy zobaczył iż jestem przygotowana i chce go złożyć od razu zaczął piętrzyć problemy. Wpierw powiedział, że najlepiej jeśli taki wniosek pomoże wypełnić mi architekt, później powiedział iż mapy które posiadam nie są dobre – co prawda skala dobra ale mogły być jakoś inaczej wydrukowane bo nie widać dobrze na nich sąsiednich gospodarstw.

Cóż było robić... chwyciłam druczek podziękowałam i wyszłam. Zadzwoniłam do Wujka (pracującego tuż obok starostwa w Kluczborku) i poprosiłam o mapy: „takie same ale trochę inne”.

Wujo Wojtek stanął na wysokości zadania, kiedy po południu spotkaliśmy się u niego w domu dał mi komplet map „tych samych ale trochę innych”.Wujo wsparł mnie nie tylko mapami ale i dachem nad głową. Przez kilka najbliższych dni korzystałam z gościny u rodziny. Moja trzy letnia córcia nie odstępowała na krok jego żony Cioci Krysi a ja w tym czasie roztrząsałam budowlane problemy z Wujem.

30.07.2009r.

Następny dzień spędzony na załatwianiu formalności. Tym razem jadę do Namysłowa by w rejonowym oddziale zakładu energetycznego uzyskać warunki przyłącza. W energetyce trafiłam na miłego Pana, który pomógł mi wypełnić wniosek ale poinformował mnie też, że na ten rok wyczerpały się już fundusze i zrobienie projektu przyłącza będzie możliwe dopiero w przyszłym roku. Zapytałam nieśmiało czy może sama zlecę komuś wykonanie tego projektu. Od razu dostałam namiary na Pana T. , który takie usługi świadczy.

Oczywiście skontaktowałam się z Panem T. , w umówionym wcześniej miejscu zostawiłam dla niego komplet dokumentów niezbędnych do wykonania projektu przyłącza. Okazało się iż brakuje mi map do celów projektowych . Pan T. zobowiązał się wszystko za mnie załatwić.

Po południu wróciłam do Wołczyna by w gminie złożyć wypełniony wniosek wraz z „innymi mapami”. Tym razem było już lepiej. Jakiś Pan z geodezji zdenerwował się iż musi drugi raz drukować te „inne mapy” i zadzwonił by zrugać Pana H.

Pan H po tym telefonie zmienił się nie do poznania, był bardzo miły , nawet pomógł mi poprawić błędy na wniosku.Wniosek złożony – bieg sprawie nadany - mogę jutro wracać do domu.


04.08.2009r.
Otrzymuję z gminy zawiadomienie o wszczęciu postępowania w sprawie ustalenia warunków zabudowy !

28.08.2009r.

Również z gminy otrzymuje pismo informujące iż należy warunki zabudowy uzgodnić z starostwem w Kluczborku.

01.09.2009r.

Tym razem otrzymuję pismo z Starostwa w Kluczborku informujące mnie o tym iż wcześniej opisane uzgodnienie jest zbędne bowiem moje grunty nie podlegają odrolnieniu.

Otrzymuje też warunki przyłącza energetycznego!

Kupuję projekt domu – WOJTEK – ściślej mówiąc kupuję dwa komplety projektów jeden dla mnie a drugi dla Wujka on też się zdecydował na budowę i na ten właśnie projekt. Dzięki hurtowym zakupom uzyskałam 250 zł zniżki na projekcie .


22.09.2009r.

Decyzja o warunkach zabudowy !

Wreszcie ale...... okazało się iż kont nachylenia dachu w otrzymanych warunkach to 35 -45º a w projekcie 16º i co teraz . Nauczka wpierw trzeba mieć warunki a później dopiero szukać projektu. Znów z opresji wybawił mnie Wujo, udał się z tymi warunkami zabudowy do Pana H. w gminie i tak mu tłumaczył i marudził , że Pan H wymienił stronę nr 4 w owym piśmie na taką gdzie napisane było iż kont nachylenia wynosił 11-25º. Mam warunki zabudowy to teraz trzeba znaleźć architekta, który zrobi adaptację projektu do warunków lokalnych a później złożyć papiery by otrzymać pozwolenie na budowę.


30.09.2009r.

Dzwonię do koleżanki mojej mamy Pani architekt z pytaniem gdzie mogę zrobić adaptacje i ile to orientacyjnie będzie kosztować. Po tym telefonie musiałam ochłonąć. Ta przyjemność podobno ma mnie kosztować około 6 tyś. zł. O rany.... Koleżanka Mamy była na tyle miła iż podpowiedziała bym poszukała kogoś „z starej gwardii” kto ma uprawnienia i projektanta i uprawnienia do nadzoru czyli kierownika budowy wtedy może być taniej. Rozpoczęłam poszukiwania i znalazłam a raczej znalazł Wujo Pana Wiesława z Kluczborka.