niedziela, 1 marca 2015

Dzięcioł czarny

Niedziela niby nie muszę wstawać rano a jednak. Córcia przestawiła się już na pierwszozmianowy tryb szkolny dlatego mimo weekendu o 7 ostentacyjnie posapuje w swoim pokoju a o 7.30 zagląda do naszej sypialni.
Cóż wstałam poczłapałam do kuchni, postanowiłam Niedzielny poranek rozpocząć aromatyczną kawą. Stanęłam przy blacie by nalać wodę do ekspresu spojrzałam przez okno a tam w poszyciu leśnym coś się rusza. 
Ależ rarytas mi się trafił …...najprawdziwszy dzięcioł czarny – największy z dzięciołów występujących w Polsce. Pobiegłam po aparat w międzyczasie radosną nowinę wykrzyczałam do Pana Męża a co, niech sobie też popatrzy, w końcu niecodziennie mamy takiego gościa ;-)


środa, 25 lutego 2015

Pracowite ferie

Dawno nie umieszczałam postów na blogu ani na do niego nie zaglądam, gdyż zapadłam w hibernację …..
Z błogiego zimowego snu wyrwały mnie obowiązek zamknięcia roku oraz rozliczenia się z fiskusem. Nie zagłębiając się w moje zapatrywania polityczne nadmienię jedynie iż już samo słowo „fiskus” wywołuje w mym organizmie reakcję wysoce alergiczną. Na przekór losowi uporałam się z papierologią w dwa tygodnie a następnie wraz rodziną mogłam rozpocząć ferie zimowe.
Jak wyjazd na ferie to zrozumiałe, że na naszą wieś. Właściwie mieliśmy w planach tylko nicnierobienie oraz wyjazd w odwiedziny do teściów, jednak życie samo pisze scenariusze. Zaraz pierwszego dnia trzeba było zabrać się za prace remontowe. Szalejące wichury znów wyrwały kilka gontów. Pan Mąż ruszył reanimować dach. Czekając aż zagrzeje się nieco klej do podklejania gontu poszedł zrobić rozeznanie okolicy. W lesie przecinka i tak zaczęliśmy organizować sobie pracę na najbliższe dni …. bo może by trochę drewna kupić na następną zimę…...
Mimo iż mieszkamy pod samiuśkim lasem zakup drzewa jest wyzwaniem logistycznym. A wygląda to tak :
  • wpierw trzeba sobie upatrzyć w lesie odpowiednią kupę drzewa z nabitym numerem
  • następne gdyby ta pierwsza kupa drzewa była by już upatrzona przez kogoś trzeba mieć kupę rezerwową
  • w środę rano ( i tylko w środę )o godzinie 7 trzeba stawić się w leśniczówce
  • wykupić asygnatę
  • wrócić do lasu z asygnatą dogadać z drwalami transport i pocięcie drzewa
  • zdzwonić do leśniczego i poinformować iż wszystko jest już dogadane że może przyjechać i podpisać na asygnacie wywóz drzewa z lasu.

Szczęśliwie przebrnęłam przez tą cała procedurę, stałam się właścicielką 5 m.p. drewna liściastego oraz wzbogaciłam swoja wiedzę o nową jednostkę metryczną - metr przestrzenny.
Natomiast syn w ramach budowania kondycji i rzeźbienia sylwetki a także licząc na parę groszy zaproponował pomoc przy rąbaniu. Syn rąbał, Córka układała a Pan Mąż nadzorował i czasami zmieniał Syna. Pod wieczór spora część była już porąbana i równiuteńko ułożona pod daszkiem drewutni. Zostało kilkanaście większych pniaków te muszą poczekać na nasz następny przyjazd bo jak to zwykle bywa brakło czasu ….





Tak było na wsi .


O małe pagórki  w czasie 
 ferii też zahaczyliśmy.
  
szykujemy się już na następną zimę ;-)

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Pastelowe święta

Tradycyjnie święta = wieś :-)
Podróż na wieś odbyła się szybko i bardzo sprawnie dzięki pustym świątecznym drogą.
Rancho przywitało nas słońcem i całkiem ładną pogodą aż nie chciało się wierzyć, że gdzieś tam na horyzoncie (czasowym) czai się mróz.
W piątek wracając z wizyty u Dziadków obserwowałam termometr, który nieubłagalnie wskazywał coraz niższą temperaturę. Kiedy dojechaliśmy do domu na zewnątrz było już -10C. Pocieszałam się: „jutro będzie lepiej”. Niestety następnego dnia mróz ani myślał odpuścić około godziny 9 dalej -8C ale za to jakie widoki za oknem: słońce, lekka mgiełka, szadź - bajka.
Wypiłam kubas gorącej herbaty ubrałam się ciepło, chwyciłam aparat z zamiarem krótkiego „fotospacerku” przez wieś. Opatulona w szal i czapę wyszłam z domu zrobiłam zaledwie kilka kroków i poczułam uderzenie zimnego – lodowatego wiatru. Fotospacer zapowiadał się na bardzo krótki. Kontem oka spostrzegłam, że w samochodzie a ściśle w części bagażowej pali się światło.... Któreś z dzieci poprzedniego wieczoru przez roztargnienie włączyło...... oj ciekawe czy akumulator się nie rozładował i auto odpali. Do wyboru miałam trwać w niepewności albo spróbować odpalić. Wróciłam się po kluczyki – poczciwe autko odpaliło bezproblemowo aby podładować akumulator wybrałam się na spacer po okolicy - samochodem ;-) trochę wstyd się przyznawać ale ....















było: pięknie, cicho, pastelowo no a przede wszystkim miałam się gdzie schować przed lodowatym wiatrem.





W włóczędze po okolicy towarzyszyły mi zmarznięte trznadle poza tym, żywego ducha nie spotkałam widocznie tubylcy woleli dochodzić do formy po świętach w cieplutkich domach ....

wtorek, 23 grudnia 2014

Przedświąteczny wiatr

Od kilku dni wieje. Na początku był to wiatr typowo południowy, ciepły i jak dla mnie nieco zwariowany, bo kiedy tak w środku zimy robi się nagle ciepło wszystko wariuje. Południowy wiatr ma też to do siebie, że w zimie lubi przynosić katar- tak też stało się tym razem ….. smarka Pan Mąż, kicha córka, ja na razie trzymam się dzielnie – zdrowo.

Wczoraj wiatr zmienił kierunek na zachodni, hula po polu przed domem z impetem uderza w dachowe okno pokoju córki, świszcze, wyje, a nawet gwiżdże w kominie. W ciągu dnia nie zwracałam uwagi na te odgłosy ale w nocy ….. robi się trochę strasznie czasem słychać trzeszczenie belek na dachu, czasem jakaś gałąź pacnie, deszcz zabębni w okna.
Klimat typowo jesienny a jutro przecież Wigilia w domu trwają przygotowania świąteczne, głównie kuchenne. Wigilię tradycyjnie spędzimy w mieście ale dalszą część świąt już na ukochanej wsi, mam nadzieję na długie leśne wędrówki, odrobinę słońca i zimy.
Natomiast Wszystkim znajomym, przyjaciołom,czytelnikom życzę by Święta Bożego Narodzenia były pogodne i radosne, by każdy je spędził tak jak lubi :-)  Życzę też pomyślności i zdrowia w Nowym Roku !

A na koniec zdjęcie z tegorocznym akcentem zimowym (jak na razie jedynym). 


środa, 10 grudnia 2014

Świergot radosnych Raniuszków

Wczoraj po raz pierwszy od kilkunastu dni za chmur wyjrzało słońce.
W radosnym nastroju krzątałam się po domu. Ze okna dobiegł mnie równie radosny świergot. Ptaki uwielbiam więc poszłam sprawdzić co też tak hałasuje.
Z brzozy na brzozę przelatywało stadko zwinnych białych kuleczek. Małe puchate ptaszki były bardzo szybkie, już je kiedyś widziałam ale nie zdążyłam sfotografować. Wczoraj się udało, jakość zdjęć marna ale przynajmniej rozszyfrowałam co to za stworzonka buszują w brzozach – to są Raniuszki.

A skoro jestem już przy ptaszkach, przypomniałam sobie o pewnym wakacyjnym zdarzeniu.
Otóż jak co roku na belce pod dachem gniazdo założyły pliszki siwe. Jedno z młodych bardziej ciekawe świata przeliczyło swe siły i …. wypadło z gniazda a że słabo latało nie potrafiło do gniazda wrócić. Na trawniku przed domem Żółtodzioba wypatrzył Pan Mąż. Poszłam obejrzałam pisklaka, stwierdziłam że w zasadzie jest cały i zdrów. Ukryłam go w wysokiej trawie koło oczyszczalni. Siedział schowany w cieniu a rodzice mieli do niego łatwy dostęp. Po pewnym czasie pisklaka wyparzyły moje dzieci. Stanowczo zabroniłam im zbliżania się do ptaka, jak chcą obserwować mogą robić to z domu przez okno. Przez dwa dni widywałam żółtodzioba na trawniku. Trzeciego dnia z rana żółtodziób przechadzał się po naszym tarasie a jego rodzice uwijali się by młodzieńca nakarmić co rusz wskakiwali w mokrą od rosy trawę by po chwili wrócić z tłustą zdobyczą, która lądowała w dziobie podrostka. Im bardziej rodzice się uwijali, młody bardziej rozdziawiał dziób i popiskiwał.
Oglądałam to przedstawienie przez pół godziny, zaczęłam się zastanawiać ile jeszcze Ci rodzice są w stanie pożywienie przynieść, w tym właśnie momencie jedna z dorosłych Pliszek zaczęła zganiać młodzieńca z tarasu. Ten się opierał ale w końcu zanurkował w mokrą trawę i sam zaczął szukać jedzonka. Takie to mokre wkroczenie w dorosłe życie. 

  Żółtodziób się usamodzielnił ;-)











Tytułowy Raniuszek :-)

niedziela, 30 listopada 2014

O zwierzętach domowych z podtekstem politycznym

O tym że jest szaro i buro pisać nie będę, każdy kto mieszka w moim regionie doświadcza szarości. Nadmienię jedynie, że kiedy bardzo zapragnęłam słońca, pojechałam na rancho tam okropnie się rozczarowałam. Na wsi też buro. Przez weekend opatuleni w czapki i szaliki staraliśmy przygotować nasze wiejskie obejście do zimy. Było przekopywanie ogródka – (Pan Mąż oczywiście) i ubieranie drzewek. Weekend zleciał jak z bicza trzasnął. Ale dość o wsi i kolorach a raczej ich braku, temat posta sam jakoś tak wpadł będzie o zwierzakach domowych.
Na wstępie wyjaśnię nie jestem zwariowaną paniusią – lubię zwierzaki lecz z umiarem, to znaczy szanuje je i reaguje gdy dzieje im się krzywda, dokarmiam zimą ptaki, dbam o koty mojego Taty i pewnie jakby się przybłąkał jakiś pies też bym go przygarnęła ale na pewno nie kupowałabym psu kolorowych ubranek i nie nosiłabym w specjalnej torbie na zakupy do centrum handlowego.
I tak dochodzimy do sedna a mianowicie do „błąkanie się psów”. Otóż kiedy się przeprowadziłam do „prawie miasta” jesienią z okolicznych ogródków działkowych przychodziły do nas na darmową michę stadka kotów. W zagajniku nieopodal domu mieszkały bezpańskie psy, one też czasami zaglądały na podwórko do kocich misek. Przez kolejne lata psów i kotów było coraz mniej w pierw naiwnie myślałam, iż społeczeństwo się nam ucywilizowało, nikt już psów nie wyrzuca - nie wywozi do lasu.

Zderzenie z rzeczywistością nastąpiło jakieś trzy lata temu, wtedy to poczta po raz kolejny przeniosła swoją placówkę tym razem w mieszkalną część pobliskiego Chinatown. Pojechałam na pocztę odebrać list polecony, zaparkowałam – wysiadłam z auta - zapach unoszący się wkoło mówił: oj nie będzie dobrze ! Skierowałam się w stronę poczty po drodze mijałam mały osiedlowy sklepik, moją uwagę przykuły dyndające w witrynie sklepowej kurze łapki z pazurkami. Ciekawość była silniejsza …. zaryzykowałam podeszłam bliżej. Przed wejściem leżała stara lodówka służąca za coś w rodzaju akwarium. Zdemontowano jej drzwi a do środka wlano trochę wody w której taplały się małe kraby. Obok akwarium stała lada chłodnicza w niej leżały sztuki mięsa z czterema nogami -króliki to raczej nie były. Mocno zniesmaczona pognałam na pocztę nie oglądając się za siebie. W domu swoim odkryciem podzieliłam się z Panem Mężem. Niestety smutna to prawda, nagłe zniknięcie z okolicy bezpańskiej zwierzyny zawdzięczamy nie ucywilizowaniu miejskiej społeczności a raczej azjatyckiej kulturze, która przerabia na pożywienie wszystko co biega i pełza. 

Dziś media obiegł film służby celnej pokazujący ten proceder. Film wywołał zgorszenie i komentarze. A ja zapytam przecież na tą pocztę nie tylko ja chodzę, chodzą tam i inni: urzędnicy gminni, straż miejska, przez trzy lata nikt nic nie widział ? Teraz wielkie oburzenie: mięso niewiadomego pochodzenie w restauracjach w stolicy ! Azjaci jedzą: psy, koty, szczury my jemy: świnie, kurczaki pędzone na antybiotykach i hormonach – co kraj to obyczaj. Szanuję kulturę innych lecz chciałbym by i nasza kultura była szanowana, idąc do restauracji wolałabym zjeść kurczaka a nie kota udającego kurczaka.
 Ktoś wydaje pozwolenie na wjazd obcokrajowcom ale nikt nie sprawdza co dalej się z przybyłymi ludźmi dzieje. Po okolicy krążą anegdoty jak to na jeden paszport przyjeżdża do Polski trzech Azjatów. Coś w tym musi być bowiem w wiejskiej szkole mojej córki jest już więcej dzieci kolorowych niż białych. Kolejna sprawa jeszcze bardziej przyziemna: skoro rodzą się dzieci to osobniki ludzkie muszą też umierać ! Znajomy pytał mnie czy widziałam w okolicy nagrobek lub pogrzeb Wietnamczyka lub Chińczyka ? Odpowiedź: -nie widziałam !
Przypuszczam, iż za kilka lat Polskę obiegnie sensacyjna wiadomość : „W lesie pod Wólką Kosowską odkryto zbiorową mogiłę zawierającą szczątki niewiadomego pochodzenia !”

Urzędnicy żyją w swoim własnym świecie tworząc biurokratyczne bariery a obok toczy się życie w zupełnie innym rytmie.
Smutne to bowiem idąc do sklepu nigdy nie jestem do końca pewna czy kupuję sól drogową czy spożywczą, nie wiem czy produkt nazwany masłem - masło w ogóle zawiera, nie wiem czy kupiona elenktyczna szczoteczka do zębów jest oryginalna czy też jest podróbką, która ulegnie samodegradacji po trzecim użyciu, itd.....
Według mnie to wszystko nie podąża w dobra stronę ….. ale „cóż taki mamy klimat” zresztą nie tylko w Polsce.


Dla ludzi o mocnych nerwach poniżej link do filmu z Chinatown.
 https://www.youtube.com/watch?v=yOCcFyv2XT0&feature=youtu.be

piątek, 7 listopada 2014

Kocie sprawy a raczej kocie sztuczki.


Stało się, piękna kolorowa jesień odeszła w zapomnienie - nastała pora mgieł i szarości.
W takich okolicznościach przyrody ciężko wykrzesać z siebie odrobinę optymizmu. Wszystko człowieka wkurza: to że jedyną drogę dojazdową do posesji mu rozkopali, to że wszędzie są korki, że brak miejsc parkingowych, że ciasno, tłoczno i brudno. Chodzę więc z spuszczonym nosem, obecna ciałem ale nie duchem.
Przez tą nieobecność ducha nawet nie wiem kiedy, cudownie rozmnożyły mi się koty.
A było to tak :
 
Mój Tato posiada dwa czarne kocury. Zwierzaki na przemiennie albo wylegują się na sofie w salonie, albo brykają po podwórku. Generalnie kotami zajmuje się Tato, ale na czas jego nieobecności kociska wdrożyły własne procedury.   I tak gdy kot widzi mnie w domu puka łapką w szybę drzwi tarasowych. Otwieram, wpuszczam kota do środka, kot miauczy, drapię (miziam) kota , następnie napełniam kocią miskę i mogę odejść. Tak na marginesie dodam, że kot niepomiziany nie chce jeść tylko dalej miauczy wiec drapanie kota jest punktem obowiązkowym. Najedzony kot ucina sobie drzemkę a później wychodzi z domu głównymi drzwiami z którymkolwiek z pozostałych domowników. Ponieważ zrobiło się chłodno kot po półgodzinnym wietrzeniu futra znów puka w drzwi balkonowe i domaga się miski. Do tego koty są dwa więc procedura powtarza się dość często, właściwie ciężko zliczyć ile razy dziennie.
W zeszłym tygodniu schodzę do salonu, - czyżby wzrok mnie zawodził ! Widzę …... trzy czarne koty wylegujące się na sofie !!!
Wołam syna i pytam :
        • wpuściłeś kota ?
        • Tak wpuściłem i dałem michę.
        • Ale jeden jest nie nasz !
Na skutek zamieszania i hałasu w pokoju, jeden z czarnych kotów otworzył oczy, przeciągnął się i spokojnym krokiem podszedł do balkonowych drzwi - ten był „nie nasz”.

Następnego dnia z przejęciem opowiadałam Ojcu o kocich perypetiach a Tata spokojnie wyjaśnił, że owszem pojawił się jeszcze jeden kocur, przyszedł z ogródków działkowych, wprowadził się do garażu (wchodzi tam sobie przez kocią klapkę w drzwiach ).
Kot zwierze inteligentne - podpatrzył procedurę wejścia do salonu u naszych kotów i ją z powodzeniem zastosował.
Obecnie „nie nasz” mieszka w garażu i tam się stołuje a czasami gdy ktoś się pomyli dostaje bonusową miskę w domu. Przez te bonusy zrobił się zdecydowanie grubszy, łatwiej go teraz odróżnić od „naszych” kocurów ponadto zaprzyjaźnił się z moją córką, dostał imię „Misio” i właściwie jest już nasz ;-)