czwartek, 5 stycznia 2017

Uwaga usterka !

Święta na rancho minęły pod znakiem bardzo kapryśnej aury wpierw padało a później mocno wiało. Zachodni wiatr przeraźliwie gwizdał na uszczelkach okiennych i w kominach, miałam wrażenie, że następny podmuch zerwie nam dach. Na szczęście nic złego się nie stało co prawda parę razy przygasł prąd ale dach i gonty pozostały na swoim miejscu.


Nowy Rok witałam już w mieście dodając otuchy wystraszonemu Maxowi.

Następne dni to powrót do pracy i do jesiennej szarości-codzienności. Stagnację pogodową przerwał niespodziany atak zimy. Zawieje i zamiecie śnieżne a w prognozach siarczysty mróz. Siedząc w ciepłym domu klikając w klawiaturę laptopa właściwie się tym nie przejmowałam, aż do momentu gdy otrzymałam sms-a z Rancha : „Brak zasilania”. W zimie taki sms to ogłoszenie żółtego alarmu bowiem „brak zasilania” = brak funkcji podtrzymującej życie – a to = możliwa śmierć hacjendy przez zamarznięcie!

Nieco poddenerwowana poszłam spać, w końcu dom jest ocieplony a temperatury jeszcze nie takie niskie. Natomiast poranek rozpoczęłam od nerwowego przeglądania sms-ów. Niestety sytuacja bez zmian – czas zgłosić usterkę.

Dzwonie na pogotowie energetyczne. Po dodatkowym wstukaniu na klawiaturze 1#3# wysłuchałam komunikatu, że w moim regionie nie ma usterek ani planowanych wyłączeń (ups.... czyżby system alarmowy mnie zawiódł), brnę dalej …. jeśli chcesz zgłosić usterkę wciśnij 1# i znów komunikat, iż rozmowa w trosce o dobro klienta jest nagrywana ….. (krótko mówiąc budują napięcie). W końcu zgłasza się Pani z call center mówi „Dzień dobry” z silnym śląskim, nie znoszącym sprzeciwu, akcentem.

-Spokojnym głosem wyjaśniam, że chcę zgłosić brak zasilania w miejscowości......

-Pani Pyta : A u sąsiadów jest prąd?

-Nie mam sąsiadów......

-Pani recytuje mi kolejną regułkę: jeśli interwencja będzie spowodowana awarią  w mojej nieruchomości to zostanę obciążona kosztami wysłania elektryków ! Pani pyta: czy zabezpieczenia w domu działają prawidłowo ?

-Do cholery skąd mam wiedzieć przecież jestem 300 km od Rancha ale odpowiadam: TAK !

-Pani pyta (bardo surowym tonem): Czy główne zabezpieczenie jest włączone ?

-Sekunda zawahania (wyobrażam sobie co może czuć generał przed naciśnięciem guzika uruchamiającego wyrzutnie rakietowe gdy widzi na ekranie monitora zbliżające się pociski nieprzyjaciela ale nie wie, czy to atak prawdziwy, czy tylko komputer został zhakowany), lekko drżącym głosem odpowiadam: WŁĄCZONE .

-Pani już słodkim głosem: OK, zlecenie zostało przyjęte, w najbliższym czasie pojawi się grupa interwencyjna !



Po tej pełnej napięcia rozmowie, pojechałam zawieźć Martynę do szkoły. Jednak ziarno niepewności zasiane przez Panią z call center nie dawało mi spokoju. O 8 zadzwoniłam do sąsiada (z początku wsi) by zapytać czy u niego jest prąd. Odpowiedział, że jest i był przez całą noc.

O kurcze czyżbym musiała płacić za przyjazd grupy interwencyjnej ! Usterka u mnie – no nie !

Powoli zaczęłam obmyślać plan wyjazdu i ewentualnej naprawy, gdy nagle słyszę dźwięk sms-a „Powrót zasilania”. Chwilę później dzwoni sąsiad: Byli elektrycy faktycznie jakaś usterka chyba na transformatorze.



Rety tyle stresu z rana …..idę z Maxem na spacer
 P.S.
Dobrze, że sytuacja została opanowana nadciągają mrozy dziś w ciągu dnia temperatura nie przekraczała -8 C a prognozy mówią o -17C.


czwartek, 22 grudnia 2016

Świętecznie


Za oknem prószy nieśmiało śnieg. Ogród przyodziany w zimowe szaty. W domu przygotowania do Świąt: choinka już ubrana, imbirowe ciasteczka upieczone, sernik chłodzi się w sekretnym miejscu na strychu (musi się chłodzić w sekretnym miejscu by nie zniknąć przed Wigilią).
Korzystając z tej świątecznej atmosfery, pragnę Wszystkim życzyć by Boże Narodzenie spędzili w gronie najbliższych, by był to czas pełny spokoju, miłości, odpoczynku i refleksji. Zdrowych i Wesołych Świąt !

środa, 14 grudnia 2016

Pies to motywacja!

  Wracając wieczorem do domu zauważyłam zwieszony nisko nad horyzontem wielki okrąg księżyca. Według przodków pełnia zapowiada mroźną noc. Przodkowie się nie mylili, dopiero wieczór a temperatura już spadła do -5C. Dobrze, że dołożyłam Maxowi do budy sporą porcję słomy – nie zmarznie.
Dzisiejszy wpis będzie poświęcony naszej menażerii.
Zwierzaki ustaliły między sobą zasady współżycia, podzieliły terytorium, wybrały opiekunów i … panuje względny spokój. Przyjęły strategię: „ten drugi nie istnieje” - jeśli już się spotkają udają, że się nie widzą i nie słyszą :-)

  Max zajął front domu. Z boku schodów ustawiliśmy mu jego rezydencję, przed drzwiami pod daszkiem ma dodatkowe legowisko. Zostałam jego Pańcią.
  Natomiast Pan Kot obstawia tył domu. Na salony wchodzi tylko przez drzwi balkonowe. Przychodzi, wychodzi kiedy chce, sam ustala pory karmienia, drzemki, sam wybiera kto dostąpi zaszczytu podrapania za uchem – krótko mówiąc kot zarządza.
  Pies cierpliwie czeka, nie ma fochów, zawsze okazuje radość. Rano mnie wita, odprowadza do samochodu, następnie wybiega przed bramę i wyczekuje powrotu, gdyż szykuje się na spacerek. 
  W weekendy nie odwożę Martyny do szkoły,więc Max opracował taktykę żebrania o spacerek, siada przed domem i hipnotycznie wpatruje się w kuchenne okno. Temu spojrzeniu nie można odmówić.
  Jakoś tak dziwnie się zrobiło z tymi spacerkami. Latem wszyscy byli chętni a zimą zostałam sama na placu boju. Próbowałam zaangażować córkę, delikatnie napomknęłam, iż z posiadaniem zwierząt wiążą się pewne obowiązki. Natychmiast dowiedziałam się, że: "pies to nie obowiązek tylko... motywacja, normalnie w taką pogodę, dobrowolnie bym nie wyszła z domu, tylko siedziałabym przed komputerem krzywiła kręgosłup i psuła wzrok a tak zażyję ruchu na świeżym powietrzu".
 Podsumowując zaistniałą sytuację będę najzdrowszym i najbardziej zrelaksowanym członkiem rodziny !
(„Amerykańscy naukowcy” już dawno, udowodnili w swych badaniach, że spacery z psem wydłużają życie a mruczenie kota obniża poziom stresu).

wtorek, 6 grudnia 2016

Jasiennie i mglisto

Na blogu zapadła cisza – cisza jesienna. Plucha i szarość wepchnęły mnie w wir codzienności.
Zapomniałam nawet że istnieje coś takiego jak aparat fotograficzny. Z czeluści jesiennej chandry wyrwały mnie słowa Pana Męża: „a może by tak udać się na rancho, odpocząć od stołecznego zakisu ?”
Sprawa niby prosta spakować się i jechać w stronę słońca, tymczasem rzeczywistość pozostała szara. Sobotni poranek na wsi powitał nas gęstą mgłą. Z okien domu nie mogłam dojrzeć lasu oddalonego o 100m. Mąż optymistycznie stwierdził „przeczekamy koło południa się poprawi”.
Koło południa sytuacja wcale nie wyglądała lepiej. Mgła osadzała na wszystkim małe kropelki wody, które po chwili zamarzały. Owszem sceneria bajkowa zamrożone sopelkowe pajęczynki bujające się w rytm podmuchów wiatru, ale warunki do prac ogrodowych dalece odbiegały od komfortowych. Poszliśmy ubrać na zimę drzewka i wyciąć wysuszone pędy topinamburu, a następnie na szybki spacer nad jeziorka. W lesie co prawda nie wiało ale wilgoć i zimno i tak nie dały zapomnieć o sobie. Przemarznięci do szpiku kości szybko wróciliśmy do ciepłego domku. Gorąca herbata, wieczór gier zorganizowany przez córkę i wrażenie całkowitego odcięcia od świata. Mimo niesprzyjającej aury wyjazd uważam za udany.
 Tymczasem na stawach woda spuszczona i tylko mgła .......

wtorek, 27 września 2016

Bez telewizora …...

     Mam za sobą: pierwszy miesiąc szkoły, pierwsze przeziębienie, pierwszy przymrozek tej jesieni.
Szkoda, że wakacje tak szybko minęły, a jakie były ? A no: gorące, suche, pracowite, a przede wszystkim pełne wydarzeń niecodziennych.
W rankingu mojej córki, najwyżej notowane jest pływanie łódką z P. Stawowym i sprawdzanie karmy. Oczywiście jako dobrzy rodzice zapewniliśmy dziecku wycieczki, zwiedzania itd. ale łódki nic nie przebije ;-)
   Kolejnym ciekawym wydarzeniem byli goście i to nie tacy zwyczajni typu: wujek, ciocia to byli goście specjalni. Właściwie można by rzec, że to nasi sąsiedzi gdyż ich pole leży koło naszego. Ze względu na to i mieszkają poza Polską znaliśmy się tylko korespondencyjnie (krótka wymiana maili i kilku dokumentów w czasie budowy). W tym roku Sąsiedzi chcieli sprawdzić jak wyglądają ich włości, zapytali czy mogą gdzieś w okolicy przenocować. Podałam im namiary na hotel ale też zaproponowałam nocleg u nas. Myślałam kiedyś o małej agroturystyce, poddasze przygotowane jest dla gości, można korzystać.
Pewnego lipcowego popołudnia odebrałam telefon: Czy możemy przyjechać? Będziemy za trzy godziny. - Jasne zapraszam.
Trzy godziny …..hm.... zakupy po południu na wsi odpadają, trzeba by jechać do miasta - mogę nie zdążyć, będę improwizować. Ukręciłam ciasto z śliwką, nastawiłam automat z chlebem i pobiegłam na górę ubrać świeżą pościel.
Kiedy się z wszystkim uporałam Sąsiedzi przyjechali. Z samochodu wysiadło sympatyczne małżeństwo (nieco młodsze od nas). Wpierw oprowadziliśmy ich po okolicy a następnie zaproponowaliśmy kolację. Zasiedliśmy do stołu i słyszę : „O, nie macie telewizora !”
Myślę sobie no to teraz się zacznie tłumaczenie ….a i tak pewnie pomyślą, że to przez brak funduszy a nie świadomy wybór......
Co słyszę dalej : „ Jesteście pierwszą rodziną jaką poznaliśmy, która nie ma telewizora jak my”
W tym momencie Martyna spojrzała na Sąsiadów jak na objawienie – bratnie dusze :-) i do tego jeszcze lubią książki !
Bez telewizji przegadaliśmy cały wieczór poruszając przeróżne tematy. Może się jeszcze spotkamy ...hm …nigdy nie wiadomo co komu pisane. W każdym bądź razie to spotkanie z „Rodziną bez telewizora” jest najwyżej notowane w moim rankingu niecodziennych wydarzeń wakacyjnych.




piątek, 29 lipca 2016

Myszy na drzewach – opowieść grozą podszyta

Kilka dni temu mieliśmy piękną pełnię księżyca przy bezchmurnym niebie. Poświata księżycowa wypełniała wszystkie zakamarki domu, w taki warunkach ciężko zmrużyć oko. Przewracałam się się na łóżku tak skutecznie, iż w końcu obudziłam Pana Męża. Pan Mąż poszedł się napić, chwilę później musiała się też napić córka i tym sposobem cała rodzina stękała, że jasno, gorąco, spać nie można. Normalnie takich problemów na wsi nie mamy, zmęczeni przesypiamy całą noc snem sprawiedliwego.



Następnego dnia chodziliśmy nieco rozbici ale trzeba wziąć się za robotę, zaszyłam się w kuchni a Pan Mąż ruszył kosiarką w stronę sadu.

Po południu w ramach krótkiego odpoczynku naszykowałam na tarasie kawę, przyszedł Pan Mąż i pyta: „Widziałaś te myszy na drzewach ? ” Przecząco pokręciłam głową. Zaczęłam się zastanawiać czy chodzi o nietoperze, czy może upał szanownemu Mężowi poszkodził. Poszłam obejrzeć owe myszy. Cóż, znalezisko mnie zaskoczyło, nie tego się spodziewałam. Na trzech drzewkach znajdowały się nabite na gałązki trupy myszy do tego bez głów...... bryy. 


Nasunęły mi się trzy rozwiązania:

  1. czynnik ludzki (wredni sąsiedzi) ale ja mam spoko sąsiadów – odpada
  2. czynnik naturalny(jakieś dziwne zwierze) – prawdopodobne
  3. czynnik nadprzyrodzony (złe moce) – w związku z pełnią jak dla mnie też prawdopodobne.



Usiedliśmy do kawy, pies kręcił się przy nas w końcu zmęczony upałem położył się pod stołem, w pewny momencie zjeżył sierść podszedł do katalpy rosnącej przed tarasem. Zaczął ją obchodzić dookoła wpatrywał się w jej czubek, warczał, poszczekiwał. Na katalpie nic nie widziałam a pies uparcie krążył wokół niej, węszył i szczekał. Odszedł dopiero gdy podeszłam do drzewa by z bliska sprawdzić o co chodzi. Nic nie dojrzałam, ale wyobraźnia już szeptała mi coś o złych mocach. Właśnie miałam zacząć snuć przypuszczenia w typie Edgara Poe, na szczęście Mąż Realista szybko sprowadził mnie na ziemię: „Znalazłem w internecie - te myszy to sprawka dzierzby"

 
Pani a poniżej Pan Dzierzba Gąsiorek

Faktycznie kilka dni później upolowałam ptaszka. „Dzierzba gąsiorek” nie ma szponów więc nadziewa swe ofiary na kolce i gałązki by łatwiej mu było je zjeść. Wygląda dość charakterystycznie jak na rozbójnika przystało, na oczach ma czarną przepaskę, coś jak maska Zorro.

Sprawa myszy została wyjaśniona ale o co chodziło z katalpą, co widział Max a ja nie dostrzegłam, do dziś nie wiem.......


wtorek, 5 lipca 2016

Pies - ptasi ratownik

Po południu rozdzwonił się telefon , spoglądam na wyświetlacz mój sąsiad z rancha. Pierwsza myśl: o cholewcia dach nam zerwało. Na szczęście wszystko w najlepszym porządku, sąsiad chciał się dowiedzieć dlaczego nas jeszcze nie ma, i poinformować że trawa nam wyrosła (znaczy odstaje od wyznaczonych standardów ) Wyjaśniłam, że wszystko ok, praca mnie zatrzymała w mieście, niebawem przyjedziemy.

 Trochę się o rancho a raczej o mój rachityczny ogródek niepokoję. Najpierw upały a później burze. W centrum burz było sporo wpierw takie niewinne właściwie nie robiły większych szkód poza wytrzepywaniem z gniazd młodych ptaków. Pewnie bym na ten fakt nie zwróciła uwagi ale mój czteronożny przyjaciel i owszem. Zaganiał pisklaki w jedno miejsce i chciał się nimi opiekować. Cóż mi pozostało łapałam podlotki i z powrotem wsadzałam w gniazda gdzie czekali na nie zdenerwowani rodzice. Tak uratowałam trzy kosy i jedną sójkę (prezentowaną na zdjęciu obok).
 
Tyle o burzach łagodnych jednak przedwczoraj przyszła burza która wyrwała z korzeniami drzewo rosnące przed domem i rozłupała na pół piękną renklodę w sadzie. Może nie są to wielkie straty ale na owoce z tejże renklody czekałam 10 lat a drzewo przed domem tez miało już swój wiek było piękne i dostojne …..