niedziela, 23 września 2012

Winobranie

Kilka lat temu Wojtek wygrzebał na przepastnym strychu swych rodziców poniemiecką prasę do winogron. Była w opłakanym stanie: zardzewiałe nogi przegniły kosz i korniki w elementach drewnianych. Patrzyłam na nią sceptycznie. Takie brudne coś w mojej czystej kuchni. Jednakże na skutek uporu męża przywlekliśmy ten antyk do naszego domu i rozpoczęła się reanimacja. Wpierw pojechały do piaskowania i malowania spożywczą farbą elementy stalowe. Później były wielogodzinne internetowe poszukiwania stolarni która dorobiła by nowy dębowy tłok. Najwięcej problemów przysporzyło zrobienie nowego kosza z stali nierdzewnej. 
W końcu się udało.



 





Tak się prezentuje prasa po renowacji.












A ponieważ w tym roku nasze winorośle w końcu obwicie zaowocowały, zebraliśmy kilka wiaderek owoców.



  Proces tłoczenia choć nieco zmechanizowany i tak wymaga silnej ręki :-)


A tu już czysty sok - pychota . Tak słodki iż Martyna wypiła dwie szklanki - bez słodzenia :-) 
 Reszta soku trafiła do szklanego  gąsiora i spokojnie sobie fermentuje. Jakie będą tego efekty okaże się za kilka miesięcy.

czwartek, 12 lipca 2012

Gzy, ślepce, końskie muchy, bąki


Jak zwał jak tak w każdym bądź razie chodzi o to paskudztwo, które żyć nie daje.
Generalnie od kiedy pozbyliśmy się sprzed domu wybujałej nawłoci całe to paskudztwo opuściło naszą posesję. Czasem pojawiają się pojedyncze sztuki.

Natomiast w lesie …..
Dwa dni temu Michał namówił mnie bym pojechała z nim do leśniczego przez las.
Pierwsze 50m - wszystko ok! Myślę sobie będzie fajna przejażdżka.
Gdy tylko ta myśl przeszła przez mą głowę wjechaliśmy na taką piaszczystą polankę i …zaczął się HORROR. Ze wszystkich stron nadlatywały gzy, atakowały głównie głowę. O zawróceniu nie było mowy, bałam się że gdy stanę by wrócić one mnie zeżrą. Naciągnęłam na głowę kaptur kurtki przeciw deszczowej. To znacznie ograniczyło widzialność, ale może i dobrze bo gdybym widział tą czarną chmurę gzów pewnie bym spanikowała. A tak krzyknęłam do młodego trzymaj się prawej a ja lewej i do przodu.
Łatwo krzyknąć, ale gorzej z wykonaniem, po piachu rower wcale nie był taki wyrywny, gzy uderzały w mój kaptur (wrażenie jakby padał grad). W końcu dojechaliśmy do bardziej utwardzonej drogi. Usłyszałam jak Michał mówi : mama jedziemy już 30km/h a one dalej za nami pędzą. Makabra.... Dopiero koło jeziorek zwolniliśmy, zerwaliśmy pokaźne gałęzie i odpędziliśmy tałatajstwo. Parę minut odpoczynku i dalej w drogę. Kawałek za budką Stawowego kolejny atak, tym razem już nie zatrzymywaliśmy się dojechaliśmy do Wierzbicy Górnej na pełnym szwungu.
Byłam tak zmęczona iż ledwo trzymałam rower pomyślałam a może by tak zadzwonić po Wojtaka by po nas przyjechał , ale honor i brak zasięgu nie pozwolił na taką opcję. Postanowiliśmy z Michałem iż wrócimy do domu nieco dłuższą ale bezpieczniejszą asfaltową drogą.

Wczoraj wybrałam się z Młodym samochodem do Nowej Wsi po mleko, wracaliśmy przez las, gzy zaatakowały w tym samym miejscu. Tyle że tym razem siedziałam w samochodzie kompletnie wyluzowana i myślałam: teraz możecie się tylko oblizać nie dopadniecie mnie przez szybę. Zażarte owady nie odpuszczały, atakowały szyby, wyleciały za nami z lasu i odprowadziły auto aż na podwórko. Było ich tak dużo, iż siedzieliśmy w samochodzie i czekaliśmy z pięć minut by się rozproszyły, jakoś nie mieliśmy ochoty na spotkanie z nimi oko w oko.


By walczyć z wrogiem trzeba poznać jego obyczaje, zaczęłam szukać informacji, skarbnicą okazały się fora koniarzy. Znalazłam różne wskazówki co robić by dziadostwo odstraszyć. Postanowiłam sprawdzić kilka sposobów, jeśli coś zadziała zapewne o tym napiszę.

Na razie wiem na pewno że: gzy wykluwają się i są najbardziej aktywne w lipcu – to prawda.

Informacja iż są aktywne tylko przez kilka godzin a w południe w największy skwar śpią – brednie atakują o 6 rano , o 11 , o 12, o 13 tak samo, wieczorem też nie robią sobie przerw.

Co do zapachowych specyfików : OFF – w przypadku gzów NIE DZIAŁA
Sprawdzę wieczorem olejek waniliowy.

Gdyby ktoś miał sprawdzone sposoby proszę o wskazówki.





wtorek, 4 maja 2010

Dla twardzieli cała papierologia

Postanowiłam spisywać wszystkie przygody związane z budowa domu w Jedliskach ponieważ bałam się iż coś mogę pominąć. Ponadto chciałam dokładnie wiedzieć co będzie trwało dłużej budowa domu czy też biurokratyczna przepychanka z budowa związana.

18.06.2009r

Podpisałam akt notarialny na przeniesienie własności. Od tego momentu jestem prawowitą właścicielką i w pełni rozporządzam działką . Uff

Do dzieła !!!

29.07.2009r.

Aby cokolwiek wybudować trzeba zapoznać się z warunkami zabudowy na danym terenie. Jeśli nie ma planu zagospodarowania terenu który nas interesuje zwracamy się do gminy o wydanie warunków zabudowy. Tyle teoria a co w praktyce?

Wpierw była szalona podróż z Warszawy do Kluczborka. Martwiłam się czasem podróży, chciałam zdążyć przed 14 do starostwa w Kluczborku by pobrać wszystkie niezbędne mapy. Dzień wcześniej dzwoniłam do działu geodezji z prośbą o przygotowanie map oraz wypisu z gruntu.
Miła niespodzianka, kiedy dotarłam na miejsce okazało się, iż wszystko jest dla mnie przygotowane. Szybciutko pobiegłam do kasy by uiścić opłaty za mapy, wyrysy i wypisy.Z Kluczborka jadę do Wołczyna tym razem do urzędu gminy – pobrać i złożyć wniosek o wydanie warunków zabudowy.Niestety w Gminie nie było już tak różowo Pan H. do którego zostałam skierowana, druk wniosku wydał i owszem ale kiedy zobaczył iż jestem przygotowana i chce go złożyć od razu zaczął piętrzyć problemy. Wpierw powiedział, że najlepiej jeśli taki wniosek pomoże wypełnić mi architekt, później powiedział iż mapy które posiadam nie są dobre – co prawda skala dobra ale mogły być jakoś inaczej wydrukowane bo nie widać dobrze na nich sąsiednich gospodarstw.

Cóż było robić... chwyciłam druczek podziękowałam i wyszłam. Zadzwoniłam do Wujka (pracującego tuż obok starostwa w Kluczborku) i poprosiłam o mapy: „takie same ale trochę inne”.

Wujo Wojtek stanął na wysokości zadania, kiedy po południu spotkaliśmy się u niego w domu dał mi komplet map „tych samych ale trochę innych”.Wujo wsparł mnie nie tylko mapami ale i dachem nad głową. Przez kilka najbliższych dni korzystałam z gościny u rodziny. Moja trzy letnia córcia nie odstępowała na krok jego żony Cioci Krysi a ja w tym czasie roztrząsałam budowlane problemy z Wujem.

30.07.2009r.

Następny dzień spędzony na załatwianiu formalności. Tym razem jadę do Namysłowa by w rejonowym oddziale zakładu energetycznego uzyskać warunki przyłącza. W energetyce trafiłam na miłego Pana, który pomógł mi wypełnić wniosek ale poinformował mnie też, że na ten rok wyczerpały się już fundusze i zrobienie projektu przyłącza będzie możliwe dopiero w przyszłym roku. Zapytałam nieśmiało czy może sama zlecę komuś wykonanie tego projektu. Od razu dostałam namiary na Pana T. , który takie usługi świadczy.

Oczywiście skontaktowałam się z Panem T. , w umówionym wcześniej miejscu zostawiłam dla niego komplet dokumentów niezbędnych do wykonania projektu przyłącza. Okazało się iż brakuje mi map do celów projektowych . Pan T. zobowiązał się wszystko za mnie załatwić.

Po południu wróciłam do Wołczyna by w gminie złożyć wypełniony wniosek wraz z „innymi mapami”. Tym razem było już lepiej. Jakiś Pan z geodezji zdenerwował się iż musi drugi raz drukować te „inne mapy” i zadzwonił by zrugać Pana H.

Pan H po tym telefonie zmienił się nie do poznania, był bardzo miły , nawet pomógł mi poprawić błędy na wniosku.Wniosek złożony – bieg sprawie nadany - mogę jutro wracać do domu.


04.08.2009r.
Otrzymuję z gminy zawiadomienie o wszczęciu postępowania w sprawie ustalenia warunków zabudowy !

28.08.2009r.

Również z gminy otrzymuje pismo informujące iż należy warunki zabudowy uzgodnić z starostwem w Kluczborku.

01.09.2009r.

Tym razem otrzymuję pismo z Starostwa w Kluczborku informujące mnie o tym iż wcześniej opisane uzgodnienie jest zbędne bowiem moje grunty nie podlegają odrolnieniu.

Otrzymuje też warunki przyłącza energetycznego!

Kupuję projekt domu – WOJTEK – ściślej mówiąc kupuję dwa komplety projektów jeden dla mnie a drugi dla Wujka on też się zdecydował na budowę i na ten właśnie projekt. Dzięki hurtowym zakupom uzyskałam 250 zł zniżki na projekcie .


22.09.2009r.

Decyzja o warunkach zabudowy !

Wreszcie ale...... okazało się iż kont nachylenia dachu w otrzymanych warunkach to 35 -45º a w projekcie 16º i co teraz . Nauczka wpierw trzeba mieć warunki a później dopiero szukać projektu. Znów z opresji wybawił mnie Wujo, udał się z tymi warunkami zabudowy do Pana H. w gminie i tak mu tłumaczył i marudził , że Pan H wymienił stronę nr 4 w owym piśmie na taką gdzie napisane było iż kont nachylenia wynosił 11-25º. Mam warunki zabudowy to teraz trzeba znaleźć architekta, który zrobi adaptację projektu do warunków lokalnych a później złożyć papiery by otrzymać pozwolenie na budowę.


30.09.2009r.

Dzwonię do koleżanki mojej mamy Pani architekt z pytaniem gdzie mogę zrobić adaptacje i ile to orientacyjnie będzie kosztować. Po tym telefonie musiałam ochłonąć. Ta przyjemność podobno ma mnie kosztować około 6 tyś. zł. O rany.... Koleżanka Mamy była na tyle miła iż podpowiedziała bym poszukała kogoś „z starej gwardii” kto ma uprawnienia i projektanta i uprawnienia do nadzoru czyli kierownika budowy wtedy może być taniej. Rozpoczęłam poszukiwania i znalazłam a raczej znalazł Wujo Pana Wiesława z Kluczborka.