niedziela, 3 listopada 2013

Poranek z wiewiórką w tle

Koniec długiego weekendu. Szczerze mówiąc nie odczułam świątecznego nastroju, na groby najbliższych mamy daleko (nie sposób w jeden dzień wszystkich odwiedzić),
Pan Mąż w pracy, weekend jak weekend po prostu nieco dłuższy.

Ponieważ rozpoczął się nowy miesiąc, czeka mnie więcej pracy chciałam wolne dni spędzić na leniowaniu. Głównym założeniem leniowania jest długie spanie, wylegiwanie się w łóżku i spożywanie śniadania w piżamie. Tymczasem w piątek o 6.30 słyszę jakieś dziwne dźwięki za oknem (szuranie, chrobotanie) Dźwięki na tyle namolne i intrygujące, iż zdecydowałam się otworzyć oczy. Patrzę a z drugiej strony okna patrzy na mnie wiewiórka
Obudziłam się od razu, chwyciłam aparat, wychyliłam się przez okno i …...

ta dam 









Często słyszę tupanie wiewiórczych łapek po dachu, zastanawiałam się jak ona na ten dach wchodzi.
Jak widać biega swobodnie po elewacji budynki i to bez różnicy czy głową w górę czy w dół  :-)    szósta rano też jej nie przeszkadza.

czwartek, 31 października 2013

Myśliwsko-łowieckie przemyślenia

Moje pojęcie o myślistwie było delikatnie mówiąc mgliste.

Jedyna wiedza jaką miałam w tym temacie pochodziła od osób mi bliskich i najczęściej były to przestrogi. Bowiem jak tylko zaczęłam pomieszkiwać na rancho usłyszałam :

-jak jest polowanie: nie szwendaj się po okolicy,

-jak słyszysz wystrzały w lesie: nie puszczaj dzieci samopas.

Po przestrogach następowało opowiadanie historii prawdziwych: jak to jeden myśliwy postrzelił drugiego biorąc go za dzika, jak to na-chmielony myśliwy jadąc szlaczkiem przez pola położył odbezpieczoną broń na siedzeniu i ta wystrzeliła dziurawiąc auto......

Opowiastki te wzięłam sobie do serca i dla tego w dzień świętego Huberta jak i w dzień rozpoczęcia sezonu na kaczki, dzieciaki mają zakaz opuszczania posesji. Tego dnia nad stawami odbywa się impreza (ognisko, kiełbaski i strzelanie do kaczek oczywiście).

Prawie pogodziłam się z tym stanem rzeczy ale …. pod koniec wakacji myśliwi zaczęli pojawiać się w naszej okolicy coraz częściej. Z jednej strony staram się zrozumieć ich racje wyższe czyli odławianie zwierzyny, która czyni szkody rolnikom ale z drugiej strony ….. Kiedy późną nocą na opustoszałą, ciemną wieś wjeżdża pick-up, parkuje przed moim domem, wychodzi z niego dwóch facetów i znika. Za moment widzę, iż oświetlając sobie drogę szperaczami idą przez moje pole na drugą stronę mojej posesji ….. mogę mieć różne podejrzenia. Ich szperacze omiatały pole czasami zahaczając o okna domu. Po pół godzinie nie wytrzymałam zadzwoniłam do Kuzynki z pytaniem czy to na pewno myśliwi a nie: mafia na przykład. Kuzynka wypytała o auto i rejestrację po chwili oddzwoniła : możesz spać spokojnie to ludzie z koła łowieckiego z Namysłowa.



Konkluzja: dziwny ten nasz kraj, w Stanach nikomu do głowy by nie przyszło paradować z bronią na ramieniu po cudzej ziemi bo mógłby tą głową stracić. W Polsce obowiązuje prawo łowieckie i Panowie mogą bezkarnie po mojej ziemi biegać i co? i nic...... im zrobić nie mogę. Gdyby jednak wykazali nieco kultury, wcześniej grzecznie się przedstawili, poinformowali, iż mają zamiar w okolicy polować było by...... miło i …...bezstresowo …... nieprawdaż ? 






Kilka zdjęć zrobionych o świcie jeszcze przed rozpoczęciem sezonu na .....kaczki.









I jak tu strzelać do takich milusich kaczuszek ?

środa, 14 sierpnia 2013

Za co kocham wieś ?

Często ludziska pytają mnie dlaczego przesiaduję na wsi i to takiej głębokiej przecież tam nie ma nawet asfaltowej drogi, do najbliższego sklepu jest ok 4 km, z zasięgiem kiepsko, Dlaczego?

 
Otóż między innymi dlatego, że zamiast propagandy w tv wieczorem oglądam takie widoki:


      Znajoma para żurawi razem z młodym tuż przed zachodem słońca wraca do gniazda.



wtorek, 13 sierpnia 2013

Kto tak hałasuje ...... nietoperz :-)

Chińczycy mówią że jeśli w jakimś domu zamieszka nietoperz to jego mieszkańców czeka wielkie szczęście. Ale może zacznę od początku :



Od kilku dni powtarza się ta sama historia.

Kiedy kładę się spać gaszę światło z pierwszego snu wybija mnie jakieś chrobotanie.

Jakby coś chodziło po ścieżce z kamyków przed domem.

Wywnioskowałam, że duże to coś być nie może, chrobocze cicho – byłam zmęczona usnęłam.

Następna noc to samo, znów jakieś szelesty myślę sobie pewnie kot chodzi koło domu po kamykach.

Wczoraj około północy zaczęłam się zastanawiać czemu ten kot tak głośno tupie. Kot ? …. głośno ? ….a może to nie kot ? Nie wytrzymałam wstałam z łóżka wzięłam latarkę, świecę w dół na kamienie …. nikogo nie ma.

Zagadka rozwiązała się koło południa. Wchodzę do łazienki … znów dzieciaki nie podciągnęły do góry rolety. Podnoszę roletę coś od niej odpada, spoglądam przez okno - widzę szarą kupkę futra ogólnie jakiś glut. Chwyciłam aparat i idę się przyjrzeć „obcemu” a tam najprawdziwszy gacek.

Zrobiłam parę zdjęć i kiedy wstawałam by pójść po pudełko i rękawice gacek odfrunął.


 
Słowem wyjaśnienia: pudełko nie po to by gacka hodować tylko po to by go przechować do zachodu słońca. Nietoperze wbrew temu co się o nich mówi widzą i mają wzrok przystosowany do patrzenia przy małej ilości światła. W środku dnia promienie słoneczne mogą im uszkodzić wzrok.

Mam nadzieję, iż naszemu gackowi nic się nie stało i przyleci dziś do nas polować na komary.





wtorek, 4 czerwca 2013

Eksperyment - Drewutnia – podsumowanie bardzo dłuuugiego weekendu

Wahałam się czy opisywać to wzniosłe wydarzenie, ale co tam opiszę ku przestrodze …..

 Jak już wspominałam głównym powodem naszego wyjazdu na rancho był montaż drewutni.

Pierwszy zgrzyt w konfrontacji z firmą montująca drewutnię nastąpił drugiego dnia naszego pobytu o 6 rano, gdy Panowie z tej firmy poinformowali nas łaskawie, iż przesuwają termin montażu o tydzień.


No ale to akurat nie-najważniejsze. Chciałbym pokrótce opisać akcje montażu :


7.50 – telefon fachowcy pytają o dojazd do nas – zgubili się w Duczowie

8.20- koło bramy pojawia się samochód fachowców- ustalamy miejsce montażu – cofają samochodem by mieć mniej noszenia – grzęzną na podmokłej łące – samochód zarył się na dobre

8.30- pada decyzja, iż samochód zostaje tam gdzie ugrzązł - przeniosą komponenty ręcznie.

8.45 – samochód rozładowany pada pytanie : a to opierzenie to nie pod rynny ? na szczyt ? a ma Pan pożyczyć kątówkę ? A czy kawę można poprosić ?



Patrzę na to wszystko z stoickim spokojem, robię kawę , Pan Mąż już jest lekko zdrzaźniony i nie ma zamiaru pożyczyć nowiusieńkiej kątówki.



9.15 – fachowcy są po pierwszym śniadaniu, zbieram kubki i zastanawiam się czemu pod legary zamiast taśmy izolującej kładą kawałki gontu . Tknięta budowlanym przeczuciem pytam o kotwy do betonu które zamówiliśmy. Fachowcy wskazują na leżące obok pudełko z kołkami do karton gipsu. Pytamy ich grzecznie czy wiedzą jak wyglądają kotwy …....



i właściwie mogłabym tak długo opisywać ale nie będę …......


Oczywiście na dach gontu brakło a hitem okazały się drzwi które były za …..małe. 
Tak, tak otwór drzwiowy zgodny z zamówieniem ale drzwi za wąskie.


Cały montaż trwał do późnych godzin wieczornych. Z powodu przerw i oczekiwania na elementy którymi można by zaślepić otwór (by drzwi pasowały).

Michał podsumował fachowców : „Mamo oni robią sobie dłuższe przerwy niż ja w nauce …..”



Najważniejsze że mamy ten eksperyment szczęśliwie za sobą !  
W efekcie końcowym drewutnia wygląda przyzwoicie.

niedziela, 12 maja 2013

O wielkiej kałuży i trochę o szczygle.

Minął tydzień od naszego powrotu do domu. Żal było wyjeżdżać ze wsi , zwłaszcza iż w ostatni dzień pogoda zdecydowanie się poprawiła. Cała wieś rozbrzmiewała furgonem kosiarek, pachniała grillem, część tubylców i gości ruszyła odetchnąć na łonie natury. W drodze do lasu Spacerowicze w pierw musieli zmierzyć się z kałużą przed naszym domem. A kałuża ta jest:  nie-byle-jaka, zajmuje całą szerokość drogi. Walczyliśmy z nią zasypując kruszywem, później próbowała z nią walczyć gmina też wsypali kruszywo. Przez jakiś czas było dobrze ale jak to na wsi, ktoś zaorał pole a wraz z nim pół drogi, później odśnieżanie więc granitowe kruszywo rozwlekło się po całej drodze tak więc kałuża jest i ma się dobrze.

Wracając do spacerowiczów – musieli się przez kałuże przeprawić, a ponieważ większość głośno komentowała utrudnienia komunikacyjne siłą rzeczy odnotowałam wszystkie przejścia.

Wyparzyłam też Pana Tomka z Żoną . Chwile porozmawialiśmy, Pan Tomek powiedział iż w lesie widział małe baraszkujące lisy. Chwilę po naszym spotkaniu uzbrojona w aparat ruszyłam na poszukiwania rudzielców. Po-cichu ostrożnie wędrowałam leśną ścieżką i wypatrywałam, niestety po liskach ani śladu. Towarzyszył mi oczywiście Michał, więc o powrocie do domu nie było mowy, poszliśmy nad stawy ale od strony tamy. Przeprawiliśmy się przez zakomarzone bagienko i już byliśmy.

Przy tamie zebrały się wszystkie ptaki: kaczki, łabędzie gęsi. Zrobiłam parę zdjęć. Słońce chyliło się ku zachodowi - czas wracać do domu, wybraliśmy trasę wokół stawów - taka pożegnalna marszruta. W lesie spokój, szliśmy powoli bo wciąż liczyłam na jakiegoś ciekawego zwierza w kadrze. Nagle kontem oka spostrzegłam coś kolorowego. Zaczęłam się wpatrywać w krzaczki nad groblą i … o są dwa kolorowe ptaszki, przeskakiwały z gałązki na gałązkę. Były bardzo ruchliwe, chowały się przede-mną Przyczajona za drzewem pstryknęłam parę fotek, które teraz z dumą prezentuję :





Ptaszki okazały się szczygłami.
Są pod pełną ochroną :-)









Nasza wcześniej opisywana kałuża.

niedziela, 7 kwietnia 2013

Trznadel - wiosenny :-)

Dziś od rana świeci słońce, śniegi topnieją, ptaki śpiewają i gdyby jeszcze wyschło błoto na drodze byłby szczyt szczęścia.

A skoro jestem przy zdjęciach ptactwa to :






Na dębie koło domu pojawiły się żółto-cytrynowe ptaki.
Przestudiowałam atlas -wydedukowałam iż to były Trznadle.









Tym pozytywnym - wiosennym akcentem kończę krótkiego posta, pozdrawiam Wszystkich tu zaglądających :-)