Po pierwsze, poczułam, że jestem już wystarczająco dojrzała, by rozpocząć kolejny etap życia. Podjęliśmy decyzję o przeprowadzce do nieco mniejszego domu. Ten projekt pochłonął nas bez reszty na cały rok. Nasze wypady do Jedlisk musieliśmy ograniczyć do okazjonalnych, przedłużonych weekendów. Muszę przyznać, że ogromnie brakowało mi lasu i świętego spokoju. W tym roku postanowiłam jednak nadrobić zaległości – i jak na razie trzymam się planu! Co dwa-trzy tygodnie uciekam do lasu na moją osobistą terapię odstresowującą. To genialny sposób, by złapać upragniony work-life balance.
Dziś, korzystając z faktu, że dom mam tylko dla siebie, wybrałam się na fotograficzne safari. Uzbrojona w aparat z teleobiektywem, cicho i spokojnie przemierzałam leśne ścieżki. Zwierzaki wręcz pchały się przed obiektyw!
Najpierw spotkałam piękną
łanię. Chyba żadna z nas nie była gotowa na to spotkanie. Gdy nagle podniosła
głowę i zobaczyła mnie zaledwie 10 metrów przed sobą, z impetem ruszyła do
ucieczki. Prawie przyprawiła mnie tym o zawał, bo zupełnie jej wcześniej nie
zauważyłam! Po tej przygodzie postanowiłam być bardziej uważna... i opłaciło
się, o czym najlepiej świadczą poniższe zdjęcia.
Na grobli natknęłam się na
lisa, który ucinał sobie drzemkę. Spał tak mocno, że w pierwszej chwili
przestraszyłam się, że nie żyje. Przyglądałam mu się przez moment z niepokojem,
ale na szczęście miarowo oddychał. Postanowiłam podejść go z innej strony, żeby
zrobić ujęcie, które pokaże coś więcej niż tylko kulę rudego futra. Kiedy go
okrążyłam, przebudził się. Kompletnie zaspany popatrzył na mnie przez chwilę,
po czym niespiesznie wstał i schował się w trzcinach.
Kawałek dalej, nad małym stawem, spotkałam dostojnego żurawia, a nad dużym – spędziłam dłuższą chwilę na "medytacji" z łabędziami. Prawdziwa niespodzianka czekała na mnie jednak w drodze powrotnej. Miałam niesamowite szczęście – udało mi się sfotografować wydrę!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz